"Modlitwa jest najlepszą bronią, jaką posiadamy, jest kluczem, który otwiera serce Boga."
Kim był?
Wyobraź sobie, że przez pięćdziesiąt lat nosisz na swoim ciele otwarte rany, które nigdy nie ropieją i pachną jak najpiękniejsze kwiaty. To była moja codzienność, tajemnica, której nauka i medycyna nie potrafiły wyjaśnić przez pół wieku. Urodziłem się jako Francesco Forgione w 1887 roku w małej, kamiennej wiosce Pietrelcina jako syn biednych, lecz bardzo pobożnych rolników.
Już jako pięcioletni chłopiec miewałem wizje Jezusa i Maryi, a ze swoim Aniołem Stróżem rozmawiałem tak, jakby był moim najlepszym kolegą z podwórka. Dla mnie było to tak naturalne, że myślałem, iż wszyscy ludzie widzą te niebiańskie postacie dokładnie tak samo jak ja. W 1903 roku, idąc za głosem serca, wstąpiłem do zakonu kapucynów, by oddać całe swoje życie Bogu.
Punkt zwrotny
To był poranek 20 września 1918 roku, dzień, którego nie zapomnę, dopóki istnieje świat. Klęczałem zatopiony w modlitwie przed dużym krucyfiksem na chórze starego klasztoru w San Giovanni Rotondo. Nagle przed moimi oczami pojawiła się tajemnicza postać, a z jej dłoni i boku wystrzeliły promienie ognia, które przeszyły moje ciało na wylot.
Kiedy wizja zniknęła, poczułem ostry, piekący ból w dłoniach, stopach oraz w klatce piersiowej. Z pięciu ran, które dokładnie odpowiadały ranom ukrzyżowanego Chrystusa, zaczęła płynąć krew. Próbowałem je ukryć, zawstydzony tak niezwykłym wyróżnieniem, ale wieść o nich rozniosła się lotem błyskawicy po całym świecie, ściągając do klasztoru tysiące ludzi.
Czego dokonał?
Moje życie stało się odtąd nieustanną ofiarą, a moim „biurem” był twardy, drewniany konfesjonał, w którym spędzałem nawet piętnaście godzin dziennie. Posiadałem dar czytania w ludzkich sercach, dlatego często przypominałem penitentom o grzechach, o których zapomnieli lub które chcieli celowo ukryć. Nie robiłem tego, by ich straszyć, ale by pomóc im odnaleźć prawdziwy pokój z Bogiem i samym sobą.
Miałem też niezwykły dar bilokacji, co oznaczało, że mogłem znajdować się w dwóch miejscach w tym samym czasie. Wielu ludzi widziało mnie i rozmawiało ze mną w różnych częściach świata, mimo że fizycznie nigdy nie opuściłem murów swojego klasztoru. W 1956 roku, po latach starań, udało mi się wybudować Dom Ulgi w Cierpieniu, który do dziś jest jednym z największych szpitali w całych Włoszech.
Czy zastanawiałeś się kiedyś, czy miałbyś w sobie dość odwagi, by wybaczyć tym, którzy publicznie w ciebie wątpili i przez lata zakazywali ci odprawiać Msze święte? Mnie spotkało to ze strony władz kościelnych, ale przyjąłem to w pokorze, wiedząc, że posłuszeństwo jest ważniejsze niż własna duma i doraźna sprawiedliwość.
Śmierć i kult
Moja ziemska wędrówka dobiegła końca 23 września 1968 roku, kiedy miałem 81 lat. W chwili mojej śmierci wydarzył się ostatni cud – stygmaty, które nosiłem przez równe 50 lat, całkowicie zniknęły, nie pozostawiając na skórze nawet najmniejszej blizny. Moje ciało przez długi czas pozostawało nienaruszone, a cela zakonna stała się miejscem nieustannej modlitwy dla milionów ludzi.
W 2002 roku zostałem oficjalnie ogłoszony świętym przez mojego przyjaciela, papieża Jana Pawła II, na oczach wielkiego tłumu. Dziś nadal pomagam z nieba wszystkim tym, którzy nazywają się moimi „duchowymi dziećmi” i szukają wsparcia w trudnych chwilach. Miliony ludzi co roku odwiedzają mój grób w San Giovanni Rotondo, szukając cudu lub po prostu chwili ciszy w pędzącym świecie.