„Kochać Maryję i czynić Ją kochaną”
Kim był?
Moja śmierć była ceną za duszę królewskiego syna, choć nigdy nie szukałem tak wielkiego dramatu, gdy jako mały chłopiec pasłem owce we Francji. Urodziłem się w 1803 roku w małej wiosce Cuet, gdzie moje dni upływały raczej na pilnowaniu stada niż na marzeniach o tropikalnych wyspach. Moja rodzina nie opływała w dostatki, ale rodzice nauczyli mnie, że największe bogactwo kryje się w sercu oddanym Bogu i drugiemu człowiekowi. Nigdy nie przypuszczałem, że pewnego dnia wyruszę na drugi koniec świata, by zginąć z rąk tych, którym przybyłem służyć.
Już jako dziecko byłem znany z niezwykłego spokoju, przez co sąsiedzi nazywali mnie często „małym pasterzem” o gołębim sercu. Mój proboszcz dostrzegł we mnie coś wyjątkowego i pomógł mi zdobyć wykształcenie, co ostatecznie zaprowadziło mnie do bram seminarium duchownego. W 1827 roku przyjąłem święcenia kapłańskie i przez kilka lat pracowałem w wiejskiej parafii, która desperacko potrzebowała duchowej odnowy. Kochałem moich parafian, ale w mojej duszy płonął ogień, który pchał mnie ku miejscom, o których większość ludzi bała się nawet myśleć.
Punkt zwrotny
Moment, który zmienił wszystko, nastąpił w 1831 roku, gdy zdecydowałem się wstąpić do nowo powstałego Towarzystwa Maryi, czyli zakonu marystów. Pragnąłem zostać misjonarzem, ale moi przełożeni przez pięć lat trzymali mnie we Francji, abym uczył młodych kleryków w seminarium. Dopiero w 1836 roku usłyszałem wezwanie, na które czekałem całe życie: zostałem wybrany, by poprowadzić pierwszą grupę misyjną na wyspy zachodniego Pacyfiku. Żegnałem ojczyznę z ciężkim sercem, ale i z wielką radością, wiedząc, że płynę tam, gdzie imię Jezusa nigdy wcześniej nie było wypowiedziane.
Czego dokonał?
W 1837 roku po wielomiesięcznej podróży wylądowałem na wyspie Futuna, miejscu o nieopisanym pięknie, ale też pełnym brutalnych plemiennych wojen i pogańskich lęków. Spędzałem całe dnie na nauce miejscowego języka, opatrywaniu chorych i cierpliwym tłumaczeniu każdemu, kto chciał słuchać, na czym polega miłość Boga. Miejscowi nazywali mnie „człowiekiem o dobrym sercu”, ponieważ nigdy nie widzieli mnie w gniewie, nawet gdy brakowało nam jedzenia lub dach nad głową przeciekał. Moja praca misyjna była powolna i trudna, naznaczona nieustanną podejrzliwością lokalnego króla o imieniu Niuliki.
Moja misja nie polegała na budowaniu wielkich katedr, lecz na sadzeniu ziaren wiary w glebie, która wydawała się zamrożona przez starożytny strach przed bóstwami. Zrozumiałem wtedy, że prawdziwa przemiana ludzi dokonuje się przez małe gesty dobroci i niezachwianą cierpliwość, a nie przez wielkie przemówienia. Dziś jestem czczony jako pierwszy męczennik Oceanii, a moja ofiara sprawiła, że zaledwie rok po mojej śmierci prawie cała wyspa przyjęła chrzest. Czy byłbyś w stanie wytrwać w swoim postanowieniu, nawet jeśli przez lata nie widziałbyś żadnych efektów swojej ciężkiej pracy?
Śmierć i kult
Napięcie na wyspie sięgnęło zenitu w 1841 roku, kiedy syn króla, Meitala, poprosił mnie o chrzest, co władca uznał za bezpośredni atak na swoją władzę. Dnia 28 kwietnia 1841 roku grupa mężczyzn dowodzona przez królewskiego ministra, Musumusu, wtargnęła do mojej chaty i zakończyła moje życie uderzeniem ciężkiej maczugi. Umierałem modląc się za moich oprawców, a moja krew stała się „nasieniem chrześcijan”, dokładnie tak, jak mówi stara maksyma z pierwszych wieków Kościoła. Zostałem kanonizowany w 1954 roku przez papieża Piusa XII, a moje relikwie spoczywają dziś w pięknym sanktuarium na wyspie, za którą oddałem życie.