"Zło dobrem zwyciężaj."
Kim był?
Moje życie zakończyło się w lodowatej wodzie Wisły z workiem kamieni uwiązanym u nóg, ale to nie nienawiść moich oprawców miała ostatnie słowo. Urodziłem się 14 września 1947 r. w małej wiosce Okopy jako Alfons Popiełuszko, choć świat zapamiętał mnie pod imieniem Jerzy, które przyjąłem później. Moi rodzice byli prostymi rolnikami, którzy nauczyli mnie, że prawda jest cenniejsza niż spokój, a Bóg jest jedynym sędzią, przed którym warto klękać.
Dzieciństwo spędziłem na podlaskiej wsi, gdzie codziennie przed szkołą szedłem 4 kilometry do kościoła, by służyć do Mszy jako ministrant. Byłem raczej drobnym i chorowitym chłopcem, więc nikt nie przypuszczał, że kiedyś stanę się zagrożeniem dla potężnego systemu totalitarnego. W 1965 r. wstąpiłem do seminarium w Warszawie, chcąc służyć ludziom jako ksiądz, nie wiedząc jeszcze, jak wysoką cenę przyjdzie mi za to zapłacić.
Punkt zwrotny
Wszystko zmieniło się w gorący poranek 31 sierpnia 1980 r., gdy do moich drzwi zapukali delegaci strajkujących robotników z Huty Warszawa. Prosili o Mszę Świętą na terenie zakładu, a ja, choć pełen obaw, poczułem, że tam jest teraz moje miejsce. Gdy przekraczałem bramę huty, tysiące ludzi w brudnych kombinezonach zaczęło bić brawo, a ja zrozumiałem, że od tej chwili mój los jest nierozerwalnie związany z ich walką o wolność.
To był moment, w którym przestałem być tylko skromnym wikarym, a stałem się kapelanem "Solidarności", ruchu, który miał zmienić oblicze Europy. Tamtego dnia, pośród huku maszyn i zapachu stali, poczułem niezwykłą jedność z ludźmi pracy, którzy pragnęli tylko godności i prawdy. Czy Ty potrafiłbyś wejść w sam środek konfliktu, mając w ręku jedynie różaniec i odwagę, by powiedzieć "nie" niesprawiedliwości?
Czego dokonał?
Moim głównym narzędziem walki stały się Msze za Ojczyznę, które od 1982 r. odprawiałem w kościele św. Stanisława Kostki w Warszawie. Na te nabożeństwa przychodziły dziesiątki tysięcy ludzi, od prostych robotników po wybitnych profesorów, bo każdy potrzebował usłyszeć, że zło należy zwyciężać dobrem. Moje kazania były nagrywane na tysiące kaset i przemycane przez granice, stając się głosem wolnej Polski, którego nie dało się zagłuszyć pałkami ani więzieniem.
Nie budowałem barykad i nie nawoływałem do odwetu, lecz uczyłem, że wolność zaczyna się wewnątrz człowieka, gdy ten przestaje się bać kłamstwa. Pomagałem rodzinom internowanych, dzieliłem się jedzeniem i lekarstwami, a każdą wolną chwilę spędzałem na rozmowach z tymi, którzy stracili nadzieję. Mój wpływ na historię polegał na tym, że przywróciłem ludziom poczucie godności w czasach, gdy system próbował ich złamać i upodlić.
Śmierć i kult
Wieczorem 19 października 1984 r., gdy wracałem z Bydgoszczy, mój samochód został zatrzymany przez funkcjonariuszy bezpieki przebranych za milicjantów. Zostałem brutalnie pobity, związany i wrzucony do bagażnika, a ostatecznie moi mordercy zrzucili mnie z tamy we Włocławku do głębokiej wody. Moje ciało odnaleziono dopiero po 11 dniach, a mój pogrzeb stał się wielką manifestacją, w której wzięło udział blisko 1000000 osób modlących się o pokój.
Zostałem beatyfikowany jako męczennik 6 czerwca 2010 r. na Placu Piłsudskiego w Warszawie w obecności mojej ukochanej mamy, Marianny. Moim grobem przy kościele na Żoliborzu opiekuje się cała Polska, a miliony pielgrzymów z całego świata przybywają tam, by prosić o odwagę w wyznawaniu prawdy. Dziś moje relikwie znajdują się w setkach kościołów, przypominając, że prawda jest nieśmiertelna i zawsze ostatecznie zwycięża.