"Trzeba być z ludźmi w ich cierpieniu."
Kim był?
Czy wyobrażasz sobie, że stoisz oko w oko z uzbrojonymi ludźmi i wiesz, że to Twoje ostatnie chwile, a mimo to nie czujesz nienawiści? Dokładnie to spotkało mnie wieczorem 9 sierpnia 1991 roku w małej wiosce wysoko w górach Peru. Nazywam się Michał Tomaszek i choć pochodzę z małej Łękawicy w Polsce, to moje serce na zawsze zostało wśród andyjskich szczytów. Urodziłem się 23 września 1960 roku w rodzinie, gdzie wiara i wzajemna pomoc były tak naturalne jak codzienne śniadanie.
Moje dzieciństwo wcale nie zapowiadało, że zostanę bohaterem dalekiej misji, bo byłem po prostu radosnym chłopcem kochającym góry. Miałem czwórkę rodzeństwa, a kiedy mój tata zmarł, gdy miałem zaledwie 9 lat, musiałem szybko dorosnąć i stać się wsparciem dla mamy. To właśnie w tym czasie nauczyłem się, że prawdziwa siła nie tkwi w mięśniach, ale w tym, ile dobra potrafisz dać innym, gdy jest im ciężko. Czy Ty też masz w sobie taką siłę, by pocieszyć kogoś, kto stracił kogoś bliskiego?
Punkt zwrotny
Moment, który zmienił wszystko, przypominał scenę z filmu o wielkiej przygodzie, gdy w 1989 roku spakowałem jedną walizkę i ruszyłem w nieznane. Zostawiłem bezpieczną Polskę, by polecieć do Pariacoto w Peru, gdzie ludzie żyli w skrajnej biedzie, a w powietrzu czuć było strach przed terrorystami. Pamiętam ten pierwszy oddech rzadkim, górskim powietrzem na wysokości ponad 3000 metrów nad poziomem morza, gdy zrozumiałem, że to jest mój nowy dom. Nie bałem się trudnych warunków, bo wiedziałem, że ci ludzie potrzebują brata, który po prostu z nimi będzie.
Czego dokonał?
W Pariacoto nie budowałem wielkich zamków, ale budowałem nadzieję, która jest znacznie trwalsza niż kamień. Moim głównym narzędziem pracy była gitara i uśmiech, bo wiedziałem, że muzyka otwiera serca dzieci szybciej niż jakiekolwiek wykłady. Razem z moim przyjacielem, ojcem Zbigniewem, stworzyliśmy miejsce, gdzie każdy czuł się bezpieczny i ważny, niezależnie od tego, jak bardzo był biedny. Uczyłem dzieci o Bogu, ale też pomagałem im w nauce i pokazywałem, że świat może być piękny nawet bez drogich zabawek.
Moja działalność była solą w oku dla terrorystów z organizacji Świetlisty Szlak, ponieważ pokazywałem ludziom drogę pokoju, a nie walki. Oni chcieli nienawiści, ja dawałem przebaczenie; oni chcieli strachu, ja uczyłem odwagi płynącej z modlitwy. Do dziś w Peru ludzie pamiętają, że polscy zakonnicy nie uciekli, gdy groziło im niebezpieczeństwo, co stało się fundamentem wiary dla tysięcy młodych Peruwiańczyków. Pokazałem całemu Kościołowi, że misjonarz to nie turysta, ale ktoś, kto oddaje życie za swoich przyjaciół każdego dnia.
Śmierć i kult
Moja ziemska droga zakończyła się tragicznie pod osłoną nocy, gdy terroryści wywieźli nas z wioski i zamordowali strzałem w tył głowy. Zginąłem za to, że "oszukiwałem lud", bo tak nazywali nauczanie o miłości i pokoju w czasach rewolucji. Moje ciało spoczęło w kościele w Pariacoto, który sam pomagałem odnawiać, a ludzie natychmiast zaczęli nazywać nas swoimi aniołami stróżami. W dniu 5 grudnia 2015 roku zostałem ogłoszony błogosławionym, stając się jednym z pierwszych polskich męczenników misyjnych w historii.