"W górę serca! (Verso l'alto!)"
Kim był?
Często wracałem do domu w samych skarpetkach, bo moje buty trafiały na stopy kogoś, kto ich bardziej potrzebował. Nazywam się Pier Giorgio Frassati i urodziłem się 6 kwietnia 1901 r. w Turynie jako syn wpływowego właściciela gazety „La Stampa”. Moi rodzice żyli w świecie wielkiej polityki i luksusu, ale ja zawsze czułem, że moje miejsce jest zupełnie gdzie indziej – tam, gdzie panuje głód i zapomnienie. Jako syn ambasadora miałem przed sobą otwarte wszystkie drzwi, jednak ja wolałem te, które prowadziły do mrocznych turyńskich kamienic.
Moja codzienność była radosnym połączeniem nauki, sportu i modlitwy, choć rzadko kto z moich bliskich to rozumiał. Zamiast eleganckich salonów wybierałem górskie szlaki Alp, gdzie czułem się najbliżej Boga, oraz brudne zaułki miasta. Wybrałem studia na wydziale inżynierii górniczej na Politechnice Królewskiej, by móc pracować z górnikami i służyć im tam, gdzie życie jest najcięższe. Nie chciałem być tylko "paniczem" z dobrego domu, ale bratem dla każdego, kogo spotkałem na swojej drodze.
Punkt zwrotny
To było w Rzymie w 1921 r. podczas kongresu młodzieży katolickiej, który brutalnie zaatakowała policja. Kiedy jeden z funkcjonariuszy wyrwał mi z rąk sztandar, nie uciekłem, lecz stanąłem przed nim z różańcem w dłoni i zacząłem się głośno modlić. Nie ugiąłem się nawet wtedy, gdy trafiłem do więzienia, bo zrozumiałem, że strach jest jedyną barierą, która oddziela nas od prawdziwej wolności. Ta noc w celi uświadomiła mi, że moja wiara musi być odważna i radosna, niezależnie od tego, jak bardzo świat próbuje ją stłumić.
Czego dokonał?
Razem z paczką najlepszych przyjaciół założyłem stowarzyszenie „Tipi Loski”, czyli po prostu „Ciemne Typy”. Chciałem pokazać wszystkim, że bycie chrześcijaninem to nie smutek i zakazy, ale wspólne wyprawy w góry, żarty, śpiew i wzajemne wspieranie się w wierze. Naszą zasadą było „Verso l'alto” – zawsze w stronę szczytu, zarówno tego fizycznego, jak i duchowego. Moja wiara pchała mnie do działania, dlatego każdą wolną chwilę i wszystkie oszczędności poświęcałem na pomoc najuboższym w ramach Konferencji św. Wincentego a Paulo.
Prawdziwe życie to dla mnie walka o sprawiedliwość, dlatego nigdy nie bałem się sprzeciwiać rosnącemu w siłę faszyzmowi, nawet gdy groziło to mojej rodzinie. Codziennie rano przyjmowałem Eucharystię, która dawała mi siłę, by dźwigać ciężkie worki z węglem do domów, do których nikt inny nie chciał zaglądać. Wstępowałem też do Trzeciego Zakonu św. Dominika, by jeszcze mocniej związać swoje życie z Ewangelią, którą starałem się pisać każdego dnia swoimi czynami. Czy Ty potrafisz odnaleźć wielką przygodę w pomaganiu komuś, kto nie może Ci się niczym odwdzięczyć?
Dla mnie świętość była czymś tak naturalnym jak oddech, a radość najlepszym sposobem na głoszenie Boga. Wierzę, że nie wystarczy tylko „egzystować”, trzeba żyć pełną piersią, oddając każdą chwilę na służbę prawdzie i miłości. Mój wpływ na rówieśników był tak silny, że po latach tysiące młodych ludzi zaczęło naśladować mój styl życia – bez patosu, za to z wielką pasją. Pokazałem, że można palić fajkę, kochać góry, śmiać się do rozpuku i jednocześnie być całkowicie oddanym Chrystusowi.
Śmierć i kult
W czerwcu 1925 r. dopadła mnie choroba, której nikt się nie spodziewał – polio, którym zaraziłem się prawdopodobnie od moich ubogich przyjaciół. Nie chciałem nikogo obarczać swoim cierpieniem, zwłaszcza że moja babcia właśnie umierała, więc przez kilka dni chorowałem w niemal całkowitej samotności. Nawet w ostatnich chwilach, gdy paraliż odbierał mi siły, prosiłem o dostarczenie leków dla pewnego biednego człowieka. Odszedłem do Pana 4 lipca 1925 r., mając zaledwie 24 lata, zostawiając po sobie niedokończone studia i tysiące wdzięcznych serc.
Moja śmierć była dla Turynu szokiem, a mój pogrzeb stał się największą manifestacją miłości, jaką to miasto widziało. Tłumy ubogich, których wspierałem, szły ramię w ramię z arystokracją, płacząc po stracie swojego „Frassatiego”. W 1981 r. podczas ekshumacji okazało się, że moje ciało nie uległo rozkładowi, co było znakiem od Boga dla nas wszystkich. Papież Jan Paweł II ogłosił mnie błogosławionym w 1990 r., nazywając „Człowiekiem Ośmiu Błogosławieństw”, a w 2025 r. zostałem ogłoszony świętym, stając się ikoną dla młodzieży całego świata.