"Nie boję się śmierci, bo i tak trzeba umrzeć, a warto oddać życie za Boga i ludzi."
Kim był?
Moje serce przestało bić w dalekim Peru, gdy terroryści wycelowali broń w moją głowę, ale moja misja wciąż trwa. Urodziłem się 3 lipca 1958 roku w Tarnowie, a dorastałem w małej wsi Zawada. Zanim założyłem franciszkański habit, zdobyłem tytuł technika mechanika i pracowałem fizycznie, poznając trud codziennego życia. Czy pomyślałbyś, że zwykły chłopak pasjonujący się motoryzacją i fizyką zostanie kiedyś błogosławionym męczennikiem?
Wstąpiłem do Zakonu Braci Mniejszych Konwentualnych w 1979 roku, pragnąc naśladować świętego Franciszka oraz świętego Maksymiliana Kolbego. Moja formacja duchowa i sześcioletnie studia w Krakowie przygotowały mnie do całkowitego oddania Bogu. W 1984 roku złożyłem śluby wieczyste, a święcenia kapłańskie przyjąłem 7 czerwca 1986 we Wrocławiu. Początkowo pracowałem jako wychowawca w seminarium w Legnicy, ale w głębi duszy słyszałem potężny głos wzywający mnie na misje.
Punkt zwrotny
Decydujący moment mojego życia nadszedł, gdy przełożeni wyrazili zgodę na mój wyjazd do Ameryki Południowej. W 1988 roku wyruszyłem do Peru, do ubogiej parafii w Pariacoto, położonej wysoko w Andach. Tam, pośród surowych gór i wszechobecnej biedy, odnalazłem swoje prawdziwe powołanie jako pasterz zagubionych ludzi. Wiedziałem, że tamtejsze rejony są niebezpieczne z powodu brutalnej partyzantki komunistycznej, ale miłość do bliźnich była silniejsza niż jakikolwiek strach.
Czego dokonał?
W Pariacoto wraz z bratem Michałem Tomaszkiem budowałem żywy Kościół, niosąc pomoc duchową oraz materialną tysiącom ubogich Indian. Organizowałem pomoc medyczną, uczyłem higieny, budowałem instalacje wodne, a podczas straszliwej epidemii cholery osobiście pielęgnowałem i woziłem chorych do szpitali. Ludzie nazywali mnie doktorkiem, ponieważ potrafiłem naprawić każdą maszynę i przynieść ulgę w fizycznym cierpieniu. Najważniejsze jednak było to, że przynosiłem im nadzieję Ewangelii, uczyłem dzieci katechizmu i pokazywałem moc modlitwy różańcowej.
Komunistyczni terroryści ze Świetlistego Szlaku widzieli w mojej działalności charytatywnej i religijnej ogromne zagrożenie dla swojej bezwzględnej ideologii. Oskarżali mnie o to, że pomagając biednym, usypiam ich rewolucyjną świadomość i powstrzymuję przed walką zbrojną. Mimo narastających gróźb i ostrzeżeń ze strony przyjaciół, zdecydowałem, że nie opuszczę moich parafian w potrzebie. Pokazałem, że prawdziwy pasterz nie ucieka, kiedy nadchodzi niebezpieczeństwo, lecz zostaje z owcami do samego końca.
Śmierć i kult
Dzień 9 sierpnia 1991 roku był moim ostatnim dniem na ziemskim padole, gdy uzbrojeni napastnicy wtargnęli do naszego klasztoru. Po pokazowym, niesprawiedliwym sądzie wywieźli mnie i ojca Michała na obrzeża wioski, gdzie zostałem zamordowany strzałami w plecy i tył głowy. Rząd Peru odznaczył mnie pośmiertnie Wielkim Oficerskim Orderem Słońca Peru, a moja męczeńska śmierć poruszyła serca ludzi na całym świecie. 5 grudnia 2015 roku w Chimbote ogłoszono mnie i ojca Michała pierwszymi polskimi misjonarzami męczennikami wyniesionymi na ołtarze.