"Chrystus nie ma rąk, ma tylko nasze ręce, by dzisiaj budować swój świat."
Kim był?
Jako mały chłopiec w 1905 roku z dnia na dzień straciłem niemal wszystko, gdy nagła śmierć brutalnie zabrała mojego ukochanego ojca, a moja rodzina wpadła w skrajną biedę. Zrozumiałem wtedy niezwykle boleśnie, jak bardzo upokarza młodego człowieka zależność od łaski bogatszych krewnych i brak własnego, bezpiecznego miejsca w ogromnym świecie. Pomimo tych dramatycznych trudności i borykania się z codziennym niedostatkiem, zdołałem z powodzeniem ukończyć wymagające studia prawnicze na jednym z chilijskich uniwersytetów. W głębi serca czułem jednak zupełnie inne, potężne powołanie duchowe, które ostatecznie nie pozwalało mi o sobie zapomnieć ani na jeden krótki moment.
W wieku dokładnie 22 lat ostatecznie zdecydowałem się wstąpić do surowego zakonu jezuitów, decydując się na całkowite i bezwarunkowe oddanie swojego życia służbie Bogu oraz najbardziej potrzebującym członkom społeczeństwa. Moja długa formacja zakonna oraz trudne studia teologiczne zaprowadziły mnie z Ameryki Południowej aż do Europy, gdzie ostatecznie w 1933 roku przyjąłem wymarzone święcenia kapłańskie w deszczowej Belgii. Po szczęśliwym powrocie do rodzinnego Chile natychmiast rzuciłem się w wir wyczerpującej pracy duszpasterskiej, koncentrując się głównie na ubogiej młodzieży oraz dynamicznych środowiskach uniwersyteckich. Pragnąłem za wszelką cenę uświadomić tym obiecującym ludziom, że wiara pozbawiona konkretnych, namacalnych uczynków miłosierdzia pozostaje jedynie pustym zbiorem martwych słów.
Punkt zwrotny
Pewnego chłodnego wieczoru w październiku 1944 roku podczas ulewnego deszczu spotkałem na ulicy zziębniętego, chorego i przeraźliwie samotnego człowieka, który dogłębnie wstrząsnął moim kapłańskim sumieniem. Zadałem sobie wtedy niezwykle bolesne pytanie, jak to w ogóle możliwe, że jako wierzący chrześcijanie przechodzimy zupełnie obojętnie obok cierpiącego Chrystusa, który dosłownie marznie na naszych bogatych chodnikach? To dramatyczne i bardzo osobiste spotkanie stało się dla mnie bezpośrednim impulsem do stworzenia dzieła mojego życia, czyli wielkiej fundacji charytatywnej o nazwie Hogar de Cristo. Zrozumiałem definitywnie i bezpowrotnie, że muszę zaoferować tym najuboższym wyrzutkom społeczeństwa nie tylko gorącą miskę pożywnej zupy, ale przede wszystkim prawdziwe schronienie, utraconą godność i szczere poczucie bycia w pełni kochanym.
Czego dokonał?
Niemal każdej ciemnej nocy wyjeżdżałem na chłodne ulice Santiago moim charakterystycznym, zielonym półciężarowym samochodem, aby osobiście szukać opuszczonych dzieci śpiących pod mostami i w brudnych rynsztokach. Zabierałem te mocno zziębnięte i chronicznie głodne maluchy do naszych nowo otwartych ośrodków, gdzie zawsze otrzymywały czyste łóżko, podstawową edukację oraz rzadką szansę na zupełnie normalne dzieciństwo. Moje życiowe dzieło rozwijało się w absolutnie błyskawicznym tempie, przyciągając setki hojnych wolontariuszy z najróżniejszych warstw społecznych, którzy chcieli wspólnie zwalczać potworną nędzę panującą w naszym katolickim kraju. Do czasu mojego niespodziewanego odejścia z tego świata fundacja Hogar de Cristo zdołała z powodzeniem pomóc tysiącom bezdomnych obywateli, otwierając kolejne bezpieczne schroniska w całej ogromnej aglomeracji.
Oprócz bezpośredniej i codziennej pomocy charytatywnej napisałem kilkanaście ważnych teologicznie książek, w tym niezwykle głośną publikację pytającą wprost o to, czy nasze Chile jest wciąż krajem chrześcijańskim. Założyłem również pionierskie Chilijskie Stowarzyszenie Związków Zawodowych, ponieważ głęboko w sercu wierzyłem, że prawdziwa sprawiedliwość społeczna bezwzględnie wymaga głębokich zmian systemowych i uczciwych warunków pracy dla każdego zwykłego robotnika. Moja bezkompromisowa i często niewygodna postawa wobec brutalnego wyzysku nierzadko spotykała się z ostrą krytyką ze strony potężnych elit majątkowych, jednak absolutnie nigdy nie zrezygnowałem z głośnego nauczania. Zależało mi nade wszystko na wspólnym budowaniu chrześcijaństwa autentycznie żywego, opartego na braterskiej solidarności, w którym każdy uczciwy pracownik zarabia godziwie i może spokojnie utrzymać swoją wielodzietną rodzinę.
Śmierć i kult
Moje niezwykle intensywne, pełne poświęceń i fizycznie wyczerpujące życie zakończyło się niestety przedwcześnie w sierpniu 1952 roku, gdy zabrał mnie niespodziewanie szybko postępujący i bolesny rak trzustki. Pomimo ogromnego cierpienia, do samego końca z uśmiechem na ustach powtarzałem otoczeniu, że jestem niezwykle zadowolony i bezgranicznie wdzięczny Bogu za wszystko, co zdołałem osiągnąć. Tuż po mojej śmierci cały naród chilijski pogrążył się w autentycznej, głębokiej żałobie narodowej, a wielotysięczne tłumy wdzięcznych ludzi żegnały mnie na zatłoczonych ulicach ze szczerymi łzami w oczach. Ostatecznie w październiku 2005 roku papież Benedykt XVI uroczyście ogłosił mnie świętym Kościoła katolickiego, a mój poczciwy zielony samochód do dziś stanowi cenną relikwię przypominającą o bezwzględnym obowiązku miłości bliźniego.