"Słowa są żywe, gdy przemawiają czyny."
Kim był?
Znany jestem na całym świecie jako święty od odnajdywania zgubionych rzeczy, ale mój własny, starannie zaplanowany scenariusz na życie został wielokrotnie pokrzyżowany przez Boga. Moje prawdziwe imię to wcale nie Antoni, lecz Ferdynand, a na świat przyszedłem w 1195 roku w zamożnej lizbońskiej rodzinie. Jako młody chłopak wstąpiłem do zakonu kanoników regularnych, spędzając wiele lat na spokojnym zgłębianiu teologii w murach klasztoru w Coimbrze. Wszystko zmieniło się jednak, gdy zobaczyłem ciała pierwszych 5 męczenników franciszkańskich przywiezione z Maroka, co obudziło we mnie pragnienie oddania życia za Chrystusa.
Opuściłem wygodne życie, dołączyłem do ubogich naśladowców świętego Franciszka, przyjąłem imię Antoni i wyruszyłem do Afryki, aby ponieść śmierć męczeńską. Najwyższy miał jednak zupełnie inne plany, ponieważ zapadłem na potworną malarię, która omal mnie nie zabiła i zmusiła do natychmiastowego powrotu. W drodze do domu mój statek wpadł w środek potężnego sztormu i został zepchnięty daleko z kursu, rozbijając się w końcu u wybrzeży Sycylii. Jako wycieńczony i nikomu nieznany rozbitek dotarłem ostatecznie do Asyżu w 1221 roku, by po raz pierwszy osobiście spotkać Franciszka.
Punkt zwrotny
Prawdziwy punkt zwrotny nadszedł w 1222 roku podczas święceń kapłańskich w Forli, gdy wyznaczony kaznodzieja nagle nie pojawił się na uroczystości. Zdezorientowani przełożeni kazali mi wyjść przed ołtarz i mówić to, co podsunie mi Duch Święty, nie mając najmniejszego pojęcia o moim teologicznym wykształceniu. Gdy zacząłem głosić słowo, wszyscy zgromadzeni zamarli ze zdumienia nad moją mądrością, doskonałą elokwencją i błyskotliwą znajomością Pisma Świętego. Moje ukryte dotąd talenty wyszły na jaw, a sam Franciszek z Asyżu oficjalnie mianował mnie pierwszym nauczycielem teologii w nowo powstałym zakonie.
Czego dokonał?
Wkrótce wysłano mnie, abym głosił Ewangelię w miastach północnych Włoch i południowej Francji, gdzie masowo szerzyły się wówczas groźne herezje katarów i waldensów. Dzięki moim płomiennym kazaniom i żelaznej logice nawróciłem z powrotem tysiące błądzących ludzi, co ostatecznie przyniosło mi dumny przydomek Młota na heretyków. Kiedy pewnego razu niewierzący mieszkańcy Rimini uparcie ignorowali moje słowa, poszedłem nad brzeg morza i zacząłem przemawiać do ryb, które natychmiast wynurzyły głowy, aby mnie uważnie słuchać. Ten spektakularny znak sprawił, że nawet najbardziej zatwardziali przeciwnicy chrześcijaństwa otworzyli swoje serca na moją naukę.
Oprócz zwalczania niebezpiecznych błędów w wierze, zaciekle stawałem w obronie najbiedniejszych oraz najbardziej pokrzywdzonych członków społeczeństwa. W Padwie, gdzie po latach wędrówek ostatecznie osiadłem, bezkompromisowo walczyłem z lichwiarzami i nakłoniłem władze miasta do uchwalenia prawa chroniącego zadłużonych przed więzieniem. Czy można wyobrazić sobie lepsze wykorzystanie swojego daru wymowy niż niesienie realnej pomocy tym, których świat całkowicie pozbawił nadziei? Opracowałem również wybitne zbiory kazań niedzielnych i świątecznych, które do dziś stanowią dowód mojego ogromnego zaangażowania w edukację wiernych.
Śmierć i kult
Moje niezwykle intensywne, wędrowne życie, bardzo liczne posty oraz nieustanna praca duszpasterska w końcu całkowicie zrujnowały moje zdrowie. Zmarłem z wyczerpania w wiosce Arcella w pobliżu Padwy w dniu 13 czerwca 1231 roku, mając zaledwie 36 lat. Ze względu na wspaniałe cuda dziejące się za moim wstawiennictwem, papież Grzegorz IX ogłosił mnie świętym po upływie zaledwie 352 dni od mojej śmierci. Kiedy po latach przenoszono moje szczątki do nowej wspaniałej bazyliki, okazało się, że moje struny głosowe oraz język pozostały całkowicie nienaruszone przez rozkład.