Communio Sanctorum
Ułatwienia

Św. Bonifacy

Patron Niemiec

◆ Podstawowa ⌛ VIII wiek
Kolekcjonujesz karty? Zaloguj się do klasera. Zaloguj się
"W Kościele nie jesteśmy niemymi psami, ale stróżami."

Kim był?

Czy potraficie wyobrazić sobie człowieka, który z ogromną siekierą w ręku staje całkowicie sam naprzeciwko wściekłego tłumu uzbrojonych pogan, by jednym ciosem ściąć ich najświętsze, pradawne drzewo? To właśnie ja, Winfrid, powszechnie znany wam dzisiaj jako chwalebny święty Bonifacy. Urodziłem się około 673 roku w zamożnej, bardzo szanowanej anglosaskiej rodzinie w południowo-zachodniej Anglii, w dawnym królestwie Wessex. Mimo początkowych, ostrych sprzeciwów mojego niezwykle surowego ojca, który stanowczo zaplanował dla mnie intratną karierę świecką, w wieku zaledwie 7 lat rozpocząłem edukację w miejscowym klasztorze w Exeter.

W starożytnych klasztornych murach opactwa w Nursling zdobywałem przez lata wyjątkowo gruntowne wykształcenie teologiczne, a mając dokładnie 30 lat z ogromną radością przyjąłem upragnione święcenia kapłańskie. Choć z czasem powierzono mi zaszczytną funkcję dyrektora szkoły i mogłem do końca swoich dni wieść spokojne, bezpieczne życie cenionego uczonego, moje niespokojne serce nieustannie rwało się do głoszenia Dobrej Nowiny w zupełnie nieznanych krainach. W 716 roku wyruszyłem z moją pierwszą misją do dzikiej i pogańskiej Fryzji, która jednak szybko zakończyła się bolesnym niepowodzeniem z powodu trwającej tam wojny. Musiałem z wielką pokorą pospiesznie wrócić do ojczystej Anglii, ale ten trudny zawód wcale nie ugasił mojego gorącego, misyjnego zapału.

Punkt zwrotny

Prawdziwy, historyczny przełom w moim dotychczasowym kapłańskim życiu nastąpił, gdy jesienią 718 roku udałem się w wyczerpującą podróż prosto do Rzymu, by osobiście spotkać się z samym papieżem Grzegorzem II. Ojciec Święty bardzo szybko obdarzył mnie swoim bezgranicznym zaufaniem, mianował swoim osobistym legatem i polecił mi zanieść jasne światło Chrystusa do walecznych, pogańskich plemion w gęstych lasach dawnej Germanii. Zmienił mi także moje rodzinne imię na Bonifacy, co po łacinie oznacza po prostu człowieka czyniącego dobro. Wtedy właśnie, z oficjalnym mandatem papieskim mocno zaciśniętym w dłoni, wyruszyłem w moją najważniejszą życiową podróż, z której zresztą miałem już nigdy nie powrócić do ukochanej ojczyzny.

Czego dokonał?

Moją bezsprzecznie najsłynniejszą akcją było publiczne, spektakularne ścięcie w pogańskiej Hesji potężnego, prastarego dębu, który od wieków był poświęcony germańskiemu bogu burzy, Thorowi. Kiedy po uderzeniach mojej ciężkiej siekiery to ogromne drzewo z wielkim hukiem runęło prosto na ziemię, a mnie wcale nie poraził morderczy piorun, tłumy zszokowanych pogan natychmiast i dobrowolnie poprosiły mnie o chrzest. Solidne drewno z tego obalonego dębu wykorzystałem zresztą bardzo szybko i praktycznie, budując z niego pierwszą w tym regionie drewnianą kaplicę pod wezwaniem świętego Piotra. Przez kolejne dziesięciolecia mojej wytężonej pracy nieustannie zakładałem nowe kościoły, liczne zakonne klasztory oraz solidne struktury administracyjne na ogromnych terytoriach Bawarii, Turyngii oraz Hesji.

W 732 roku nowy, urzędujący papież Grzegorz III mianował mnie oficjalnie arcybiskupem bez przypisanej stałej siedziby, a kilkanaście lat później zostałem arcybiskupem Moguncji i pierwszym prymasem całych Niemiec. Moim ukochanym, największym życiowym dziełem i najważniejszym ośrodkiem duchowym dla całego regionu stało się jednak potężne opactwo zakonne w Fuldzie, które z wielkim wysiłkiem założyłem w 744 roku. Jako najwyższy, papieski legat surowo reformowałem również panujące tam obyczaje, zwoływałem bardzo liczne synody i osobiście mianowałem nowych biskupów, aby mocno zakorzenić wiarę na tych wyjątkowo trudnych ziemiach. Mimo mocno podeszłego wieku i licznych sukcesów administracyjnych, nigdy nie przestałem głęboko tęsknić za bezpośrednią pracą misyjną wśród prostego ludu.

Śmierć i kult

W 754 roku, zrezygnowawszy dobrowolnie z wysokiej godności arcybiskupa Moguncji, powróciłem ponownie do dzikiej Fryzji, gdzie w czasach mojej młodości poniosłem swoją pierwszą porażkę, by tam po raz ostatni głosić Ewangelię. Dnia 5 czerwca, gdy wraz z niewielką grupą wiernych towarzyszy spokojnie oczekiwałem na nowo ochrzczonych w naszym prowizorycznym obozie pod Dokkum, nagle zaatakowała nas zbrojna, fanatyczna banda wrogich pogan. Stanowczo zabroniłem moim przerażonym towarzyszom jakiejkolwiek walki zbrojnej i chroniąc swoją siwą głowę jedynie grubym ewangeliarzem, pokornie przyjąłem cios mieczem, ponosząc pewną śmierć męczeńską razem z 52 moimi współpracownikami. Moje okrutnie zakrwawione ciało zostało później uroczyście przeniesione do ukochanej Fuldy, gdzie bezpiecznie spoczywa do dziś, czyniąc to święte miejsce historycznym sercem niemieckiego katolicyzmu.

🗺 Mapa
Urodzenie Śmierć Pobyt/posługa Kult

Masz pytanie lub uwagę?

Chcesz dowiedzieć się więcej, zadać pytanie lub czegoś brakuje? Zostaw wiadomość i adres e-mail — odpiszemy.

0 / 4000