Communio Sanctorum
Ułatwienia

Św. Brat Albert (Chmielowski)

Patron artystów, malarzy i dzieł miłosierdzia

◆ Podstawowa ⌛ XIX wiek
Kolekcjonujesz karty? Zaloguj się do klasera. Zaloguj się
„Powinno się być dobrym jak chleb, który dla wszystkich leży na stole, z którego każdy może kęs dla siebie ukroić”.

Kim był?

Moje życie naznaczone było ogromnym cierpieniem od najmłodszych lat, a w wieku zaledwie 18 lat rosyjscy lekarze wojskowi obcięli mi lewą nogę bez żadnego znieczulenia. Walczyłem wtedy jako pełen ideałów młody powstaniec w powstaniu styczniowym w 1863 roku i zostałem bardzo ciężko ranny w krwawej bitwie pod Mełchowem. Zanim doszło do tej tragedii, wychowywałem się na polskiej prowincji, ponieważ urodziłem się w Igołomi niedaleko Krakowa w 1845 roku w dość zubożałej rodzinie szlacheckiej. Choć straciłem kończynę i nosiłem ciężką, drewnianą protezę, nie straciłem zapału do życia i początkowo postanowiłem całkowicie poświęcić się sztuce.

Dzięki ujawnionemu wcześnie talentowi mogłem rozwijać swoje umiejętności i studiować malarstwo w Warszawie, a później w słynnych akademiach sztuk pięknych w Monachium i Paryżu. Moje liczne obrazy bardzo szybko zyskiwały uznanie surowych krytyków, a wspaniała kariera artystyczna stała przed mną całkowicie otworem. Zawarłem niezwykle cenne znajomości z największymi polskymi artystami tamtej epoki i miałem na wyciągnięcie ręki wszystko, o czym marzył ówczesny młody twórca. Czułem jednak w głębi serca nieustannie narastającą pustkę i wiedziałem doskonale, że sztuka oraz prestiżowe salony nie są moim ostatecznym powołaniem.

Punkt zwrotny

Decydujący i całkowicie przełomowy moment nadszedł, gdy po wielu trudach malowałem mój najsłynniejszy obraz przedstawiający umęczonego i wyszydzanego Chrystusa, zatytułowany „Ecce Homo”. Wpatrując się dniami i nocami w cierpiące oblicze Zbawiciela, zrozumiałem ostatecznie, że to właśnie w najbiedniejszych i brutalnie odrzuconych ludziach ukrywa się sam Bóg. Czy potrafiłbyś bez wahania porzucić ogromną sławę oraz wygodne, dostatnie życie dla zupełnie obcych, brudnych i pachnących rynsztokiem nędzarzy? W 1887 roku z wielką radością przywdziałem najzwyklejszy, zgrzebny habit tercjarski, przyjmując zakonne imię Albert, po czym na zawsze zamieszkałem w najgorszej krakowskiej ogrzewalni dla bezdomnych.

Czego dokonał?

Zupełnie nie chciałem tych wszystkich nieszczęśliwych biedaków tylko pouczać z bezpiecznego, czystego dystansu, dlatego świadomie stałem się dosłownie jednym z nich. Zamieszkałem na stałe wśród największych wyrzutków społecznych, chorych alkoholików i zdesperowanych żebraków na krakowskim Kazimierzu, całkowicie dzieląc z nimi przerażający brud, wszechobecny zaduch i skrajne ubóstwo. Aby mądrze i trwale zorganizować stałą pomoc dla tej olbrzymiej rzeszy potrzebujących, założyłem w 1888 roku Zgromadzenie Braci Posługujących Ubogim, a zaledwie kilka lat później bardzo podobne w swoich celach zgromadzenie żeńskie. Razem z braćmi i siostrami zaczęliśmy intensywnie zakładać liczne przytułki, sierocińce, tanie kuchnie i bezpieczne domy dla starców na wszystkich ziemiach polskich.

Nieustannie uczyłem moich oddanych braci, że bezwzględnie powinniśmy oddawać potrzebującym dosłownie wszystko, nie zatrzymując dla siebie absolutnie żadnych ziemskich wygód ani majątku. Zamiast budować dla naszego zgromadzenia wielkie i bogate klasztory, organizowaliśmy raczej proste, funkcjonalne warsztaty rzemieślnicze, w których bezdomni mogli na nowo, krok po kroku, uczyć się uczciwej i sensownej pracy. Mój surowy, ale przepełniony ogromną miłością system opierał się na konsekwentnym przywracaniu utraconej godności ludzkiej tym wszystkim, o których ówczesny, zapatrzony w siebie świat wolał wygodnie zapomnieć. Do samego końca moich trudnych dni osobiście i niestrudzenie kwestowałem na krakowskich ulicach na rzecz najbiedniejszych, zupełnie nie szczędząc własnego, mocno już nadwątlonego zdrowia.

Śmierć i kult

Moja wyczerpująca praca wśród najbardziej potrzebujących i liczne wyrzeczenia ostatecznie zrujnowały mój i tak słaby organizm, który zaczął trawić nieuleczalny nowotwór żołądka. Odszedłem z tego świata w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia, 25 grudnia 1916 roku, w ukochanym Krakowie, otoczony modlitwą moich braci i sióstr oraz łzami najbiedniejszych mieszkańców miasta. Mój pogrzeb stał się ogromną manifestacją hołdu dla miłosierdzia, a z czasem Kościół uznał moje życie za wzór do naśladowania dla wszystkich wiernych. Przyszły papież, który przed laty napisał o mnie wspaniałą sztukę teatralną, ogłosił mnie najpierw błogosławionym w 1983 roku, a następnie świętym w roku 1989.

Masz pytanie lub uwagę?

Chcesz dowiedzieć się więcej, zadać pytanie lub czegoś brakuje? Zostaw wiadomość i adres e-mail — odpiszemy.

0 / 4000