"My, trędowaci, cieszymy się, że mamy tu na ziemi naszą Golgotę".
Kim był?
Z własnej woli zamknąłem się w prawdziwym piekle na ziemi, gdzie gnijące za życia ciała i wszechobecna śmierć były przerażającą codziennością, aby przynieść nadzieję odrzuconym. Urodziłem się dokładnie 3 stycznia 1840 roku w belgijskiej miejscowości Tremelo jako Józef de Veuster i od najmłodszych lat czułem bardzo silne powołanie do wiernej służby Bogu. Wstąpiłem do Zgromadzenia Najświętszych Serc Jezusa i Maryi, przyjmując zakonne imię Damian, a moim absolutnie największym marzeniem były dalekie misje zagraniczne. Czy wyobrażasz sobie, jak ogromnie wielka była moja radość, gdy w 1864 roku przełożeni wysłali mnie na odległe wyspy hawajskie?
W Honolulu przyjąłem święcenia kapłańskie i przez niemal 10 lat ciężko pracowałem z rdzenną ludnością różnych wysp rozległego archipelagu. Był to czas niezwykle intensywnej ewangelizacji, ale również bacznego poznawania lokalnej kultury i palących problemów, z których zdecydowanie najstraszniejszym okazał się nieuleczalny trąd. Ta okrutna choroba bezlitośnie dziesiątkowała mieszkańców, a przerażone władze państwowe nakazały zsyłać absolutnie wszystkich zakażonych na odizolowaną, surową wyspę Molokai. Doskonale wiedziałem, że ci nieszczęśnicy desperacko potrzebują katolickiego kapłana, chociaż wyjazd tam oznaczał bilet bez powrotu i niemal pewną, bolesną śmierć.
Punkt zwrotny
W 1873 roku miejscowy biskup poprosił o odważnych ochotników, którzy udaliby się do potwornej osady trędowatych w Kalaupapa na Molokai, a ja bez najmniejszego wahania zgłosiłem się tam natychmiast. Kiedy ostatecznie przybyłem na miejsce, zastałem absolutny koszmar, gdzie ponad 800 ciężko chorych żyło w skrajnej nędzy, całkowitym bezprawiu i głębokiej rozpaczy, całkowicie pozbawionych jakiejkolwiek podstawowej opieki medycznej czy duchowej. Zrozumiałem wtedy wyraźnie, że nie wystarczy być dla nich tylko pobożnym duszpasterzem, ale muszę natychmiast stać się ich troskliwym ojcem, lekarzem, pielęgniarzem i niezłomnym obrońcą. Od tego decydującego momentu przestałem być zwykłym, zdrowym misjonarzem, a stałem się integralnie częścią ich wspólnoty, co później zawsze sam mocno podkreślałem w moich kazaniach, mówiąc do wiernych o nas, trędowatych.
Czego dokonał?
Przez kolejnych 16 długich lat mojego ciężkiego życia na wyspie Molokai całkowicie odmieniłem ponure oblicze tej przeklętej kolonii, heroicznie przywracając jej zdesperowanym mieszkańcom utraconą ludzką godność. Własnymi, często krwawiącymi rękami budowałem dla nich nowe domy, szpitale, bezpieczne sierocińce i wspaniałe kościoły, a także chętnie organizowałem muzyczne chóry oraz orkiestry, aby wnieść trochę uśmiechu w ich mroczne, pełne cierpienia dni. Codziennie cierpliwie opatrywałem ich gnijące rany, rzeźbiłem drewniane trumny dla zmarłych i osobiście kopałem groby, których wyciąłem w twardej hawajskiej ziemi znacznie ponad 2000, starając się zapewnić każdemu człowiekowi szacunek i godny pochówek katolicki. Dzięki mojej niezłomnej determinacji zdołałem również skutecznie wymusić na oficjalnym rządzie hawajskim stałe dostarczanie znacznie lepszego jedzenia, niezbędnych materiałów budowlanych oraz podstawowych lekarstw dla moich ukochanych podopiecznych.
Moja niezwykle wyczerpująca, codzienna i bardzo bliska fizyczna styczność z chorymi ostatecznie sprawiła, że w 1884 roku sam niestety zaraziłem się trądem, co jednak przyjąłem z ogromnym spokojem wyłącznie jako niepodważalną wolę samego Boga. Pomimo szybko postępującej, bolesnej choroby i dramatycznie słabnących sił fizycznych, nie przerwałem swojej wytężonej pracy, a moje własne, osobiste cierpienie jeszcze mocniej i piękniej zbliżyło mnie do odrzuconych ludzi, którym tak wiernie służyłem. Moja autentyczna historia dość szybko obiegła niemal cały cywilizowany świat, przyciągając na Molokai wspaniałych nowych wolontariuszy, ogromne środki finansowe i niespotykaną wcześniej uwagę opinii publicznej, która do tej pory całkowicie ignorowała smutny los trędowatych. Ostatecznie udowodniłem absolutnie wszystkim, że nawet w obiektywnie najciemniejszym, zapomnianym miejscu na całej ziemi, pełnym ludzkiego bólu i biologicznego rozkładu, można skutecznie zbudować wspaniałą wspólnotę w pełni opartą na bezwarunkowej miłości chrześcijańskiej.
Śmierć i kult
Zmarłem na wyniszczający trąd dokładnie 15 kwietnia 1889 roku na mojej niesamowicie ukochanej hawajskiej wyspie Molokai, do samego końca wiernie otoczony gorąco modlącymi się parafianami, którym z czystej miłości oddałem całe swoje dorosłe życie. Początkowo skromnie spocząłem na naszym lokalnym cmentarzu, dokładnie pod tym samym rozłożystym drzewem, pod którym samotnie spałem zaraz po moim pierwszym przybyciu, ale ostatecznie w 1936 roku moje cenne relikwie uroczyście przeniesiono do mojej ojczystej Belgii. Znacznie później, bo w 1995 roku, wybitny papież Jan Paweł II oficjalnie ogłosił mnie błogosławionym, a ostatecznie w 2009 roku papież Benedykt XVI uroczyście włączył mnie w zaszczytny poczet świętych całego Kościoła katolickiego. Do dziś moje zachowane relikwie, w tym szczególnie święta prawa dłoń symbolicznie zwrócona z powrotem na Hawaje, są głęboko czczone na całym świecie, a moje dawne życie niezmiennie pozostaje najpotężniejszym symbolem najwyższego, bezinteresownego poświęcenia dla innego, cierpiącego człowieka.