"Hodie!" łac. Dzisiaj
Kim był?
Wyobraź sobie, że dowodzisz doborowym legionem rzymskim, a największą historyczną sławę i tak przynosi ci rozdeptanie małego kruka. Tak właśnie wygląda moja historia, która od wielu wieków fascynuje ludzi na całym, wciąż pędzącym świecie. Żyłem na przełomie III i IV wieku i służyłem jako oficer w słynnym 12 Legionie Błyskawicy. Stacjonowaliśmy w Melitene na terenie dzisiejszej Turcji, zbrojnie strzegąc wschodnich rubieży potężnego Cesarstwa Rzymskiego.
Moje życie kręciło się wokół codziennej musztry, walki i twardej, bezwzględnej żołnierskiej dyscypliny, która absolutnie nie wybaczała słabości. W ówczesnej armii rzymskiej powszechnie oddawano cześć pogańskim bóstwom i samemu cesarzowi, co było naszym wojskowym obowiązkiem. Z czasem jednak zacząłem zauważać chrześcijan, których niesłychana odwaga w obliczu okrutnych tortur budziła mój wielki podziw. Długo biłem się z własnymi myślami, czy do nich dołączyć, bo taka jawna decyzja w pogańskim wojsku oznaczała niemal pewny wyrok śmierci.
Punkt zwrotny
To był ten jeden decydujący poranek, w którym poczułem, że nie mogę już dłużej oszukiwać własnego sumienia. Postanowiłem ostatecznie przyjąć chrzest, gdy nagle pod moimi ciężkimi stopami wylądował czarny kruk, pradawny zwiastun ludzkich wątpliwości. Ptak zaczął głośno krakać: „Cras, cras!”, co po łacinie brzmiało jak podstępny, demoniczny szept: „Jutro, jutro!”. To była moja ostateczna próba, kuszenie, by odłożyć życiowe nawrócenie na znacznie bezpieczniejszy, lepszy moment w przyszłości.
Nie zastanawiałem się nad tym podszeptem ani jednej sekundy dłużej. Z całą siłą mojego żołnierskiego buta zmiażdżyłem tego ptaka, krzycząc na całe gardło: „Hodie!”, czyli słowo oznaczające: „Dzisiaj!”. W tamtej chłodnej chwili pokonałem najpotężniejszego wroga każdego człowieka – naiwną iluzję, że zawsze mamy jeszcze mnóstwo czasu. Wybrałem prawdę tu i teraz, nie odkładając mojego ostatecznego zbawienia na niepewne jutro, które przecież mogło nigdy nie nadejść.
Czego dokonał?
Nie zostawiłem po sobie wielkich, opasłych tomów teologicznych, nie zbudowałem żadnej bazyliki ani nie spisałem mądrych reguł zakonnych. Moim największym dziełem był mój radykalny przykład bezkompromisowej wierności, który natychmiast pociągnął za mną wielu innych rzymskich żołnierzy do odważnego wyznania wiary. Jako rzymski dowódca pokazałem, że prawdziwe, życiowe męstwo to nie tylko wprawna walka mieczem, ale przede wszystkim walka z lękiem. Moja szybka decyzja zszokowała wojskowych przełożonych, wprowadzając potężnego chrześcijańskiego ducha w same szeregi niezwyciężonej rzymskiej armii.
Moje proste przesłanie jest dziś ważniejsze niż kiedykolwiek wcześniej, w świecie pełnym chronicznego pośpiechu i ciągłego odkładania obowiązków na później. Stałem się uniwersalnym symbolem walki z ludzką prokrastynacją, przypominając, że jedyny czas, na który mamy realny wpływ, to właśnie teraźniejszość. Czy zdarzyło ci się kiedyś odłożyć coś naprawdę ważnego na jutro, bezpowrotnie tracąc swoją wspaniałą życiową szansę? Uczę dziś z nieba ludzi na całym świecie, że czynienie dobra, okazywanie miłości i fundamentalne decyzje nie znoszą żadnej zwłoki.
Śmierć i kult
Moja wielka odwaga i stanowcza odmowa złożenia ofiary pogańskim bogom rozwścieczyła rzymskich namiestników w bezlitosnych czasach prześladowań za cesarza Dioklecjana. Zostałem brutalnie ścięty mieczem w 303 roku, oddając swoje życie za wiarę dokładnie w tym duchu, w którym zdecydowałem się działać. Choć brakuje starożytnych, dokładnych dokumentów z mojej historycznej kanonizacji, to mój potężny kult przetrwał mroczne wieki, napędzany przez żarliwą wiarę najprostszych ludzi. Dziś moje rzymskie figury stoją w tysiącach kościołów, a wierni zostawiają pod nimi krótkie karteczki z błaganiem o natychmiastową pomoc w sprawach niemożliwych.