„Powiedz studentom, aby porzucili swoje małe ambicje i udali się na wschód, aby głosić Ewangelię”.
Kim był?
Moje prawe ramię, którym ochrzciłem dziesiątki tysięcy ludzi w całej Azji, pozostało całkowicie nienaruszone po mojej śmierci, choć odszedłem w samotności na bezludnej wyspie, patrząc na brzegi zakazanych Chin. Urodziłem się 7 kwietnia 1506 roku na zamku Ksawery w hiszpańskiej Nawarrze jako dumny szlachcic spragniony światowej sławy. Moje młode lata spędziłem na Uniwersytecie Paryskim, gdzie studiowałem filozofię i marzyłem o wielkiej karierze akademickiej oraz bogactwie. To właśnie tam spotkałem człowieka, który na zawsze odmienił moje przeznaczenie i skierował moje ambicje na zupełnie nowe tory.
Tym człowiekiem był święty Ignacy Loyola, który nieustannie powtarzał mi ewangeliczne pytanie o to, jaka jest korzyść z pozyskania całego świata, jeśli własną duszę się zatraci. Pod jego wpływem porzuciłem dawne plany i stałem się jednym z pierwszych 7 współzałożycieli Zakonu Jezuitów, czyli Towarzystwa Jezusowego. W 1537 roku przyjąłem święcenia kapłańskie w Wenecji, całkowicie oddając swoje życie na służbę Bogu i papieżowi. Nie wiedziałem jeszcze, że rzymskie katakumby i paryskie sale wykładowe zamienię wkrótce na pokłady oceanicznych statków i nieznane lądy dalekiego Wschodu.
Punkt zwrotny
Decydujący zwrot in moim życiu nastąpił w 1540 roku, kiedy król Portugalii Jan III poprosił nasz zakon o posłanie misjonarzy do jego zamorskich kolonii w Indiach. Ignacy wybrał mnie w ostatniej chwili, zastępując innego chorego współbrata, a ja bez wahania spakowałem mój brewiarz i krzyż. 7 kwietnia 1541 roku, dokładnie w moje 35 urodziny, opuściłem Lizbonę na pokładzie okrętu flagowego, rozpoczynając trwającą ponad rok, niezwykle wyczerpującą podróż morską. Gdy w 1542 roku dotarłem do Goa, zrozumiałem, że cały azjatycki kontynent stał się odtąd moją nową, wielką ojczyzną.
Czego dokonał?
Moim największym dokonaniem było zorganizowanie gigantycznej siatki misyjnej i osobiste ochrzczenie według szacunków ponad 30000 osób w Indiach, na Malajach i w Japonii. Chodziłem po wioskach z małym dzwonkiem w ręku, zwołując dzieci oraz dorosłych, by uczyć ich podstawowych modlitw i prawd wiary w ich własnych językach. Przetłumaczyłem Katechizm na lokalne narzecza, co pozwoliło mi dotrzeć do serc najuboższych rybaków oraz potężnych władców. W 1549 roku jako pierwszy misjonarz w historii dotarłem do brzegów nieznanej i zamkniętej dotąd dla chrześcijan Japonii, gdzie założyłem prężną wspólnotę.
Czy potrafisz wyobrazić sobie człowieka, który w ciągu zaledwie 10 lat przemierza tysiące kilometrów przez burzliwe morza, żyjąc w skrajnym ubóstwie i nieustannym zagrożeniu życia? Moja gorliwość nie pozwalała mi odpoczywać, ponieważ stale słyszałem w sercu wołanie milionów ludzi, którzy nigdy nie słyszeli o Chrystusie. Pisałem płomienne listy do Europy, wzywając studentów z Paryża i Coimbry, by porzucili swoje małe ambicje i ruszyli na misje. Moim ostatecznym celem stało się potężne i tajemnicze cesarstwo chińskie, którego granice pragnąłem za wszelką cenę otworzyć dla Ewangelii.
Śmierć i kult
Moja ziemska wędrówka dobiegła końca 3 grudnia 1552 roku na małej, skalistej wyspie Shangchuan, tuż u wrót zaryglowanych przed obcymi Chin. Umarłem w nędznej trzcinowej chacie, trawiony gwałtowną gorączką, mając przy sobie jedynie wiernego chińskiego przewodnika Antoniego, który patrzył na moją agonię. Moje ciało zasypano wapnem i pochowano na wyspie, ale gdy po kilku miesiącach je ekshumowano, okazało się całkowicie nienaruszone i pachnące. Przewieziono mnie do Goa, gdzie do dzisiaj spoczywam w bazylice Bom Jesus, będąc ogłoszonym przez papieża Grzegorza XV świętym w 1622 roku oraz patronem misji katolickich.