„Błogosławieni jesteśmy, my lekarze, jeśli pamiętamy, że obok ciał mamy przed sobą dusze nieśmiertelne, wobec których zobowiązani jesteśmy do miłości i współczucia”
Kim był?
Wyobraź sobie, że dach szpitala wali się z łomotem, a ty w ostatniej chwili wybiegasz z budynku, niosąc na plecach sparaliżowanego pacjenta. To nie jest scena z filmu akcji, ale fragment mojego własnego życia, które poświęciłem ratowaniu ludzkiego zdrowia i duszy. Nazywam się Giuseppe Moscati i przyszedłem na świat 25 lipca 1880 roku w Benewencie, choć moje serce na zawsze pozostało w Neapolu. Jako wybitny lekarz, naukowiec i docent uniwersytetu udowodniłem, że nowoczesna nauka może iść w parze z głęboką, płomienną wiarą w Boga.
Od najmłodszych lat dorastałem w wielodzietnej, religijnej rodzinie urzędnika sądowego, gdzie nauka i moralność stanowiły fundament codzienności. Studia medyczne ukończyłem z wyróżnieniem w 1903 roku, czując głębokie powołanie do niesienia ulgi cierpiącym. Czy pomyślałeś kiedyś, jak połączyć chłodny umysł badacza z gorącym sercem pełnym miłości bliźniego? Ja postawiłem sobie za cel, aby w każdym chorym człowieku dostrzegać samego Chrystusa, co całkowicie ukształtowało moją tożsamość zawodową i duchową.
Punkt zwrotny
Mogłem pławić się w luksusach i zdobywać światowe laury, jednak to dramatyczne wydarzenia z 1906 roku ostatecznie zdefiniowały moją misję. Podczas gwałtownej erupcji wulkanu Wezuwiusz z narażeniem własnego życia kierowałem osobistą ewakuacją szpitala w Torre del Greco. Wyprowadziłem wszystkich chorych dosłownie na moment przed tym, jak potężny dach runął pod ciężarem wulkanicznego popiołu. To spektakularne ocalenie umocniło we mnie przekonanie, że moje ręce są jedynie narzędziem w rękach Najwyższego Lekarza.
Czego dokonał?
W roku 1911 wygrałem niezwykle trudny konkurs, zostając najmłodszym zastępcą ordynatora w Szpitalu Zjednoczenia, a niedługo potem objąłem kierownictwo nad Salą Nieuleczalnie Chorych. Jako pionier medycyny jako pierwszy w Neapolu zastosowałem insulinę w leczeniu śmiertelnej wówczas cukrzycy, na którą zresztą w 1914 roku zmarła moja ukochana mama. Moja praca naukowa w dziedzinie chemii fizjologicznej oraz liczne publikacje przyniosły mi międzynarodowe uznanie w świecie lekarskim. Choć proponowano mi prestiżową katedrę uniwersytecką, zrezygnowałem z niej, by w pełni poświęcić się bezpłatnemu leczeniu najuboższych mieszkańców neapolitańskich slumsów.
Dla moich pacjentów byłem kimś więcej niż zwykłym medykiem, ponieważ leczyłem nie tylko ciała, ale przede wszystkim ludzkie dusze. W moim gabinecie obok recepty chorzy regularnie otrzymywali zachętę do spowiedzi, modlitwy i powrotu do sakramentów świętych. Od biedaków nigdy nie brałem pieniędzy, a pod ich poduszkami potajemnie zostawiałem banknoty na wykupienie przepisanych leków i jedzenie. W czasie I wojny światowej zgłosiłem się na ochotnika do wojska, gdzie osobiście opatrzyłem tysiące rannych żołnierzy, niosąc im duchową pociechę.
Śmierć i kult
Moja ziemska misja zakończyła się niespodziewanie 12 kwietnia 1927 roku, gdy po porannej Mszy świętej i przyjęciu pacjentów usiadłem w fotelu gabinetu i spokojnie oddałem duszę Bogu. Miałem wtedy zaledwie 47 lat, lecz moje nagłe odejście wywołało gigantyczne poruszenie wśród neapolitańskiej biedoty, która natychmiast ogłosiła mnie swoim świętym doktorem. Całe moje naukowe i lekarskie życie było bezkompromisowym świadectwem Ewangelii realizowanym w białym fartuchu. Oficjalnego potwierdzenia tej prawdy dokonał papież Jan Paweł II, który 25 października 1987 roku uroczyście wpisał mnie w poczet świętych Kościoła katolickiego.