„Viva Cristo Rey”!
-Niech żyje Chrystus Król!
Kim był?
Miałem zaledwie 14 lat, gdy stanąłem przed plutonem egzekucyjnym, odmawiając zaparcia się mojej wiary. Urodziłem się 28 marca 1913 roku w Sahuayo, w meksykańskim stanie Michoacán. Moje dzieciństwo przypadło na niespokojne czasy, gdy rząd podjął brutalną walkę z Kościołem katolickim. Byłem zwyczajnym chłopcem, kochałem moją rodzinę i Boga, ale rzeczywistość zmusiła mnie do szybkiego dorastania.
Kiedy wybuchło powstanie Cristeros, czyli obrona wolności religijnej przed bezwzględnymi dekretami prezydenta Callesa, moi dwaj starsi bracia dołączyli do walki. Ja również nie potrafiłem bezczynnie siedzieć w domu, gdy niszczono ołtarze i zakazywano Mszy Świętej. Choć byłem bardzo młody, moje serce płonęło pragnieniem oddania życia za Chrystusa. Codziennie modliłem się, by rodzice pozwolili mi dołączyć do obrońców wiary.
Punkt zwrotny
Kluczowy moment mojego życia nadszedł latem 1927 roku, gdy po wielu prośbach pozwolono mi dołączyć do oddziału generała Prudencio Mendozy jako chorąży i trębacz. 5 lutego 1928 roku podczas bitwy pod Cotija koń naszego dowódcy został zabity, a jemu groziło śmiertelne niebezpieczeństwo. Bez wahania oddałem mu swojego wierzchowca, mówiąc, że jego życie jest ważniejsze dla sprawy niż moje. Przez ten bohaterski czyn sam zostałem pojmany przez żołnierzy federalnych rządu Callesa.
Czego dokonał?
Moim największym dokonaniem nie były czyny militarne, ale niezłomne świadectwo wierności w obliczu okrutnego więzienia i tortur. Zamknięto mnie w moim rodzinnym kościele parafialnym w Sahuayo, który profani zamienili w stajnię i więzienie. Wojskowi oraz mój własny ojciec chrzestny obiecywali mi wolność, pieniądze i karierę w zamian za wyparcie się Boga. Odpowiedziałem im stanowczo, że moja wiara nie jest na sprzedaż, a zdrada nie wchodzi w grę.
Czy zdołałbyś zachować taką odwagę, widząc cierpienie swoich bliskich i słysząc obietnice łatwego życia? Ja czerpałem siłę z modlitwy, pisząc listy do matki, w których prosiłem ją, by nie płakała, lecz zdała się na wolę Bożą. Nie ugiąłem się nawet wtedy, gdy na moich oczach stracono innego chłopca, aby mnie zastraszyć. Moja postawa umocniła wielu innych więźniów i pokazała oprawcom, że miłości do Boga nie da się zabić strachem.
Śmierć i kult
Wieczorem 10 lutego 1928 roku oprawcy poddali mnie nieludzkiej torturze, zdzierając skórę z podeszew moich stóp i pędząc mnie boso na cmentarz. Nad wykopanym grobem żołnierze pchnęli mnie bagnetami, dając ostatnią szansę na ocalenie życia, ale ja ostatkiem sił krzyknąłem: „Viva Cristo Rey!”. Zostałem dobity strzałem w głowę, stając się jednym z najmłodszych męczenników tego krwawego konfliktu. Papież Franciszek ogłosił mnie świętym 16 października 2016 roku, stawiając mnie za wzór dla młodzieży na całym świecie.