"Nie ma nic, czego bym nie zniósł dla miłości Boga".
Kim był?
Zaryzykowałem życie, przekradając się na wyspę w łachmanach skrajnie ubogiego żebraka, by ratować prawdziwą wiarę tam, gdzie za bycie katolickim księdzem groziła natychmiastowa śmierć lub nieludzkie tortury. Urodziłem się 21 kwietnia 1651 roku w miejscowości Benaulim, na terenie dzisiejszego indyjskiego stanu Goa, który tętnił życiem religijnym. Pochodziłem z bardzo pobożnej, szlacheckiej rodziny, która zapewniła mi niezwykle staranne wykształcenie u ojców jezuitów. Po uroczystych święceniach kapłańskich, które przyjąłem w 1676 roku, wstąpiłem do wspólnoty braci z Kongregacji Oratorium Świętego Filipa Neri, pragnąc całkowicie oddać się Bogu w duchu ubóstwa.
Moje kapłańskie serce rwało się jednak ku porzuconym braciom na pobliskim Cejlonie, w dzisiejszej Sri Lance. Bezwzględni holenderscy kolonizatorzy, będący surowymi wyznawcami kalwinizmu, zakazali tam wyznawania katolicyzmu pod groźbą najsurowszych kar dla każdego wierzącego człowieka. Okrutnie zamknęli wszystkie kościoły, wypędzili misjonarzy i z wielką bezwzględnością prześladowali ukrywających się miejscowych chrześcijan. Czy potraficie wyobrazić sobie wiarę tak silną, że każe porzucić bezpieczne, spokojne życie dla ukrywania się wśród śmiertelnych wrogów pod fałszywym nazwiskiem?
Punkt zwrotny
Przełomowy, niezwykle dramatyczny moment mojej misji nadszedł niedługo po tym, jak po wielu trudach w 1692 roku dotarłem do górzystego, buddyjskiego królestwa Kandy. Tamtejszy nieufny władca uznał mnie za szpiega w służbie portugalskiej korony i natychmiast wtrącił do ciemnego, wilgotnego więzienia. Ku jego wielkiemu zaskoczeniu nie buntowałem się przeciwko swojemu losowi, lecz z pokorą wykorzystałem ten trudny czas na naukę miejscowego języka syngaleskiego i potajemne nauczanie współwięźniów. Gdy w 1696 roku całe królestwo nawiedziła niszczycielska susza, a buddyjscy mnisi okazali się zupełnie bezradni wobec żywiołu, uprosiłem u Boga cudowny deszcz, co przyniosło mi całkowitą wolność.
Czego dokonał?
Odzyskawszy zaufanie potężnego króla Kandy, mogłem wreszcie rozpocząć jawną i powszechną pracę ewangelizacyjną na całej terytorialnej rozciągłości wyspy. Samodzielnie zorganizowałem prężnie działające struktury duszpasterskie, podróżując nieustannie po bezdrożach Cejlonu, często idąc boso i żyjąc w najskrajniejszym ubóstwie. Aby zbliżyć wiarę do serc mieszkańców, komponowałem katolickie hymny, żarliwe modlitwy oraz tworzyłem zręby literatury teologicznej w lokalnych, narodowych językach tamilskim i syngaleskim. Dzięki tym tytanicznym wysiłkom moi wierni otrzymali wyjątkową możliwość wielbienia Jezusa Chrystusa w sposób bliski ich własnej, bogatej kulturze.
Moje całkowite oddanie dla opuszczonych bliźnich ujawniło się najpełniej, gdy miasto Kandy zaatakowała nagle przerażająca epidemia ospy wietrznej, dziesiątkująca mieszkańców. Podczas gdy przerażony król wraz z całym dworem uciekli z miasta w poszukiwaniu schronienia, ja dobrowolnie pozostałem na miejscu katastrofy. Wraz z garstką oddanych współpracowników bez wytchnienia pielęgnowałem porzuconych chorych, przynosiłem im wodę i godnie grzebałem zmarłe ofiary zarazy. Ta bezinteresowna miłość do absolutnie każdego człowieka, niezależnie od jego plemienia czy wyznania, odmieniła bieg historii i na trwale zjednała Lankijczyków dla mojego Kościoła.
Śmierć i kult
Zmarłem w opinii powszechnej świętości, wycieńczony wieloletnimi chorobami i nadludzką pracą duszpasterską, w dniu 16 stycznia 1711 roku w królewskim mieście Kandy. Moja niebezpieczna, ukryta misja na wyspie trwała nieprzerwanie przez 24 lata, a jej trwałym owocem stało się cudowne odrodzenie wielotysięcznego, lankijskiego Kościoła. Święty papież Jan Paweł II wyniósł mnie do chwały ołtarzy i beatyfikował w 1995 roku w Kolombo, oddając hołd mojemu poświęceniu w obecności wiwatujących tłumów. Zwieńczeniem stuleci żarliwego kultu stała się moja upragniona kanonizacja, której osobiście dokonał papież Franciszek 14 stycznia 2015 roku, ogłaszając mnie wielkim Apostołem Sri Lanki.