"Palisz mnie, ale to tak, jakbyś polewał mnie wodą. Nawróć się i zostań chrześcijaninem, tak jak ja."
Kim był?
Spłonąłem żywcem w bezlitosnych płomieniach wielkiego stosu, stając w obronie niewinności, moralnej czystości i chrześcijańskiej wiary młodych chłopców, którymi kazano mi się opiekować na dworze. Nazywam się Karol Lwanga i żyłem w potężnym królestwie Bugandy, zlokalizowanym na terytorium dzisiejszej Ugandy, w burzliwej drugiej połowie XIX wieku. Na dworze wyjątkowo bezwzględnego króla Mwangi II pełniłem ważną i odpowiedzialną funkcję głównego przełożonego królewskich paziów. To właśnie tam, w mrocznym sercu pogańskiego państwa, poznałem i pokochałem chrześcijaństwo dzięki odważnym misjonarzom z katolickiego zgromadzenia ojców białych.
Mając zaledwie 25 lat, w głębokiej tajemnicy przyjąłem upragniony chrzest i stałem się w pełni świadomym, głęboko wierzącym katolikiem. Moja codzienna służba na dworze była odtąd nieustanną walką o duchowe przetrwanie, ponieważ król był człowiekiem o okrutnym usposobieniu oraz mocno zdeprawowanych obyczajach. Bezwzględnie wymagał on od swoich młodych, bezbronnych służących całkowitej uległości wobec własnych haniebnych żądz, którym ja z całą stanowczością zawsze się sprzeciwiałem. Czy potrafisz sobie w ogóle wyobrazić, jak ogromnej odwagi i hartu ducha wymagało postawienie się absolutnemu władcy, który miał nieograniczoną moc decydowania o śmierci każdego poddanego?
Punkt zwrotny
Gniew despotycznego króla osiągnął swój krwawy punkt kulminacyjny w maju 1886 roku, kiedy to zdecydowanie odmówiliśmy spełnienia jego niemoralnych rozkazów. Władca kazał natychmiast zgromadzić wszystkich chrześcijan z otoczenia całego dworu i zażądał, abyśmy na zawsze wyrzekli się żywego Boga, kusząco obiecując w zamian ocalenie. Żaden z nas, nawet najmłodsi z przerażonych paziów, z których jeden miał zaledwie 13 lat, nie uległ królewskim manipulacjom ani groźbom. Zostaliśmy bez wahania uwięzieni, bezlitośnie skazani na niezwykle okrutną śmierć przez spalenie i brutalnie popędzeni w wycieńczającym marszu na wyznaczone miejsce naszej planowanej egzekucji.
Czego dokonał?
Moją najważniejszą, życiową misją stała się bezkompromisowa ochrona powierzonych mi młodych dusz przed moralnym zepsuciem w otoczeniu bezwzględnego tyrana. Będąc ich bezpośrednim przełożonym, potajemnie udzielałem im lekcji religii katolickiej i czuwałem nad ich codziennym duchowym rozwojem, chroniąc również ich kruche fizyczne bezpieczeństwo. Gdy już oficjalnie usłyszeliśmy okrutny wyrok, zdążyłem jeszcze osobiście w wielkiej tajemnicy ochrzcić 4 z moich podopiecznych, aby mogli z czystym sercem stanąć przed stwórcą. Nieustannie starałem się dodawać im odwagi podczas wyczerpującej drogi na odległe wzgórze Namugongo, nieprzerwanie przypominając im o wiecznej i wspaniałej nagrodzie czekającej nas w niebie.
Przez cały ten mroczny czas dbałem o ich głęboką wiarę, ale również dawałem swój osobisty przykład niezłomności oraz całkowitego zaufania Bogu aż do samego końca. Wielu naszych bezlitosnych strażników było wręcz zdumionych naszym niespotykanym spokojem i cichą radością w obliczu tak przerażających, nieuchronnie zbliżających się tortur. Moja zdecydowana postawa mocno zjednoczyła całą grupę 22 młodych neofitów, którzy bez wahania woleli znosić niewyobrażalne cierpienie, niż choćby na chwilę zdradzić chrześcijańskie ideały. Przez naszą wspólną, krwawą ofiarę zasialiśmy potężne ziarno szczerej wiary, które ostatecznie duchowo przemieniło niemal całą środkową Afrykę i wydało z czasem wspaniałe owoce.
Śmierć i kult
Pamiętnego dnia 3 czerwca 1886 roku zostaliśmy ciasno zawinięci w suche maty z trzciny i rzuceni na ogromny, płonący stos na słynnym dziś wzgórzu Namugongo. Pomimo niewyobrażalnego bólu trawionego przez dziki ogień ludzkiego ciała, moje spalone usta cicho szeptały już jedynie piękne słowa całkowitej ufności i gorącej modlitwy do miłosiernego Boga. Nasze bolesne męczeństwo nie poszło na marne, a przelana krew męczenników z Ugandy stała się żyznym posiewem dla setek tysięcy nowych chrześcijan na afrykańskim kontynencie. W dowód ostatecznego uznania naszej wielkiej ofiary, ojciec święty Paweł VI uroczyście kanonizował mnie oraz moich 21 odważnych towarzyszy dnia 18 października 1964 roku.