Eucharystia jest życiem wszystkich chrześcijan.
Kim był?
Zanim zostałem założycielem wielkich zgromadzeń zakonnych, byłem tylko ubogim pomocnikiem w warsztacie mojego ojca, który początkowo kategorycznie zabraniał mi nawet myśleć o kapłaństwie. Urodziłem się 4 lutego 1811 roku w górskiej miejscowości La Mure w rejonie francuskich Alp, w czasach trudnych dla całego narodu. Od najmłodszych lat mojego życia czułem potężne, nadnaturalne wręcz przyciąganie do Najświętszego Sakramentu, do którego często wymykałem się z domu w całkowitej tajemnicy. Kiedyś moja starsza siostra znalazła mnie ukrytego tuż za ołtarzem głównym naszej parafii, gdzie opierałem głowę o tabernakulum, aby po prostu móc lepiej słyszeć głos Jezusa.
Moja osobista droga do święceń kapłańskich była pełna najróżniejszych przeszkód, począwszy od skrajnej biedy, a skończywszy na bardzo ciężkiej chorobie płuc, która niemal całkowicie odebrała mi życie. Dopiero po niespodziewanej śmierci mojego ojca mogłem w pełni swobodnie odpowiedzieć na powołanie i rozpocząć upragnione, systematyczne studia teologiczne w seminarium duchownym. Zostałem oficjalnie wyświęcony na kapłana diecezji Grenoble dokładnie 20 lipca 1834 roku, będąc niezwykle młodym człowiekiem pełnym żarliwej gorliwości, by ratować zagubione ludzkie dusze. Zaledwie 5 lat później wstąpiłem do nowo powstałego zgromadzenia ojców marystów, marząc o niebezpiecznych misjach w dalekiej Oceanii, lecz Bóg zaplanował dla mnie inną drogę.
Punkt zwrotny
Wszystko zmieniło się w moim życiu diametralnie podczas procesji Bożego Ciała w 1845 roku w Lyonie, gdy niosłem monstrancję i doświadczyłem mistycznego uderzenia Bożej miłości. Poczułem wtedy z ogromną siłą, że Jezus Chrystus w Eucharystii jest całkowicie opuszczony, zaniedbany przez wiernych i pozbawiony należnej Mu chwały. Czy mogłem przejść obojętnie wobec tak wielkiego osamotnienia samego Boga, który z miłości do nas ukrył się pod postacią kruchego chleba? Zrozumiałem wówczas, że muszę poświęcić całą resztę mojego życia na adorację oraz rozszerzanie kultu eucharystycznego, dlatego ostatecznie zdecydowałem się opuścić zgromadzenie marystów.
Czego dokonał?
Po trudnych procesach rozeznawania i uzyskaniu zgody władz kościelnych, w 1856 roku w Paryżu założyłem zupełnie nową wspólnotę, Zgromadzenie Najświętszego Sakramentu. Naszym jedynym celem stała się nieustanna, trwająca dzień i noc adoracja wystawionej Hostii, a także przygotowywanie dorosłych i dzieci do pełnego świadomości przyjęcia Pierwszej Komunii Świętej. Dwa lata później, w 1858 roku, wraz z Małgorzatą Guillot powołałem do życia siostrzaną gałąź żeńską, Służebnice Najświętszego Sakramentu. Obie te wspólnoty zakonne rozwijały się niezwykle prężnie, przyciągając setki dusz pragnących wynagradzać Panu Bogu za ludzkie grzechy, oziębłość i zaniedbania.
Nie poprzestałem jednak wyłącznie na zakładaniu zakonów, ponieważ pragnąłem, aby absolutnie każdy człowiek mógł zbliżyć się do eucharystycznego serca Jezusa. Założyłem również specjalne stowarzyszenie dla osób świeckich, tak zwaną Agregację Najświętszego Sakramentu, która pozwalała zwykłym ludziom uczestniczyć w naszych duchowych dobrach. Organizowałem liczne kongresy, głosiłem płomienne kazania i pisałem teksty duchowe, które miały uświadomić katolikom, że Eucharystia to prawdziwe centrum wszechświata. Chciałem, by Komunia Święta przestała być traktowana jako nagroda dla doskonałych, a stała się codziennym lekarstwem dla słabych i grzesznych ludzi.
Śmierć i kult
Moje niezwykle intensywne, wyczerpujące życie apostolskie, wypełnione ciągłą pracą organizacyjną, modlitwą i wieloma pokutami, szybko doprowadziło do ruiny mojego i tak wątłego zdrowia. Odszedłem po cichu do wieczności w mojej rodzinnej miejscowości La Mure, dokładnie 1 sierpnia 1868 roku, w wieku zaledwie 57 lat, będąc całkowicie strawionym przez miłość. Zostałem oficjalnie kanonizowany przez papieża Jana XXIII w 1962 roku, na samym początku trwania Soboru Watykańskiego II. Ojciec Święty nazwał mnie wówczas wspaniałym tytułem Apostoła Eucharystii, potwierdzając przed całym światem, że moja droga nieustannego wpatrywania się w Hostię prowadzi prosto do nieba.