"Kto wezwie na pomoc św. Rocha, zostanie uleczony."
Kim był?
Wyobraź sobie, że od urodzenia nosisz na piersi tajemnicze znamię w kształcie czerwonego krzyża, które zwiastuje twoje niezwykłe przeznaczenie. Urodziłem się pod koniec XIII wieku, dokładnie około 1295 roku, w bogatej i wpływowej rodzinie gubernatora francuskiego miasta Montpellier. Miałem przed sobą świetlaną przyszłość, pełną luksusu, ale nigdy nie potrafiłem obojętnie przejść obok ludzkiego cierpienia. Gdy w wieku zaledwie 20 lat straciłem oboje rodziców, rozdałem cały swój ogromny majątek biednym i wyruszyłem w pieszą pielgrzymkę do Rzymu.
W tamtych czasach podróże były niezwykle niebezpieczne, a szlaki pielgrzymkowe pełne były opryszków i głodujących ludzi. Nie miałem przy sobie złota, królewskich listów żelaznych ani zbrojnej ochrony, a moim jedynym majątkiem był zniszczony płaszcz i prosty, drewniany kij. Codziennie ufałem, że Stwórca wskaże mi właściwą drogę, żywiąc się tym, co wyżebrałem od dobrych ludzi. Zamiast szukać wielkich przygód i rycerskiej chwały, z własnej woli stałem się całkowitym żebrakiem, który pragnął odnaleźć prawdziwego Boga w oczach drugiego człowieka.
Punkt zwrotny
Mój punkt zwrotny nastąpił, gdy dotarłem do włoskiego miasteczka Acquapendente, które przypominało najprawdziwsze piekło na ziemi. Wybuchła tam potężna epidemia dżumy, a spanikowani ludzie uciekali w popłochu, zostawiając swoich bliskich na pewną śmierć. Zamiast uciekać razem z nimi, wszedłem prosto do miejscowego szpitala, czując, że to jest właśnie cel, do którego przygotowywał mnie Bóg. Zacząłem opatrywać ropiejące rany i czynić nad chorymi znak krzyża, co ku zdumieniu wszystkich przynosiło im natychmiastowe, cudowne uzdrowienie.
Czego dokonał?
Wędrowałem przez kolejne zakażone miasta słonecznej Italii, między innymi przez Rzym, Cesenę i Piacenzę, niosąc pomoc tam, gdzie inni bali się nawet spojrzeć. W końcu sam zaraziłem się czarną śmiercią, gdy na moim udzie pojawił się bolesny, ropiejący guz dżumowy, a gorączka niemal pozbawiła mnie przytomności. Nie chcąc nikogo narażać na śmiertelne niebezpieczeństwo, ukryłem się w gęstym lesie. Byłem całkowicie samotny, przygotowując się na powolną, bolesną śmierć z głodu, pragnienia i wielkiego wyczerpania organizmu.
Czy wyobrażasz sobie, że w najgorszym momencie twojego życia zbawienny ratunek przychodzi od bezdomnego zwierzęcia? Znalazł mnie myśliwski pies miejscowego szlachcica, który każdego dnia wykradał ze stołu swojego pana mały bochenek chleba i przynosił mi go w pysku. Wkrótce obok mojej leśnej kryjówki cudownie wytrysnęło źródło krystalicznej wody, dzięki czemu po wielu tygodniach cudem wróciłem do pełnego zdrowia. Do dziś przypominam światu, że absolutnie nikt, nawet najbardziej chory i odrzucony przez społeczeństwo człowiek, nie jest zapomniany przez Stwórcę.
Śmierć i kult
Wyniszczony ciężką chorobą i trudami wieloletniego wędrowania, wróciłem do rodzinnego Montpellier, ale mój wygląd był tak mizerny, że nikt mnie nie rozpoznał. Mój własny wuj wziął mnie za wrogiego szpiega i kazał wtrącić do ciemnego, wilgotnego lochu, gdzie spędziłem ostatnie 5 lat życia. Zmarłem w więziennej celi około 1327 roku, a rano strażnicy znaleźli obok mnie tabliczkę z obietnicą, że Bóg uzdrowi każdego, kto wezwie mojego imienia w czasie zarazy. Mój kult wybuchł z potężną siłą w XIV wieku podczas wielkiej epidemii, a dziś moje relikwie spoczywają w pięknej weneckiej świątyni.