Do wyższych rzeczy zostałem stworzony.
Kim był?
Uciekłem z luksusowego pałacu w Wiedniu, w przebraniu biednego żebraka, ścigany przez własnego brata, aby pokonać pieszo ogromny dystans i spełnić swoje powołanie. Nazywam się Stanisław Kostka i urodziłem się w grudniu 1550 roku w Rostkowie na Mazowszu, w zamożnej i wpływowej rodzinie kasztelana zakroczymskiego. Moi rodzice zaplanowali dla mnie błyskotliwą karierę polityczną i wysłali mnie do elitarnej szkoły jezuitów w Wiedniu, gdy miałem zaledwie 14 lat. Tam, mieszkając w bogatym internacie, a później u luterańskiego arystokraty, odkryłem, że ziemskie zaszczyty zupełnie mnie nie interesują.
Zamiast brylować w wiedeńskim towarzystwie, wolałem spędzać długie godziny na nocnej modlitwie, surowych postach i pokucie. Moje zachowanie budziło złość mojego starszego brata Pawła oraz wychowawcy, którzy regularnie mnie bili i wyśmiewali, próbując wybić mi z głowy marzenia o życiu duchowym. Znosiłem to wszystko w milczeniu, w głębi duszy wiedząc, że jestem przeznaczony do zupełnie innego życia. Czy potrafisz wyobrazić sobie, jak wielkiej odwagi wymagało sprzeciwienie się woli potężnego ojca i całemu światu, który oczekiwał ode mnie bezwzględnego posłuszeństwa?
Punkt zwrotny
Przełom nastąpił w grudniu 1565 roku, gdy zapadłem na nieznaną, bardzo ciężką chorobę i byłem bliski śmierci. Właściciel domu, w którym mieszkaliśmy, jako luteranin stanowczo odmówił wpuszczenia katolickiego księdza z Wiatykiem. Wtedy, w przypływie gorącej modlitwy do świętej Barbary, doświadczyłem cudu, gdyż to ona w towarzystwie aniołów przyniosła mi upragnioną Komunię Świętą. Wkrótce potem ukazała mi się Matka Boża z Dzieciątkiem Jezus, która cudownie mnie uzdrowiła i poleciła, abym za wszelką cenę wstąpił do zakonu jezuitów.
Czego dokonał?
Ponieważ przełożeni jezuitów w Wiedniu bali się gniewu mojego ojca, nie chcieli przyjąć mnie do zakonu. Dlatego w sierpniu 1567 roku uciekłem z miasta w chłopskim przebraniu, kierując się do Bawarii, gdzie przebywał słynny Piotr Kanizjusz. Zrozumiałem, że muszę opuścić wszystko co znałem i wyruszyć w niezwykle niebezpieczną drogę, aby zrealizować plan samego Boga. Kanizjusz, widząc moją niezwykłą determinację i pobożność, skierował mnie dalej, aż do Rzymu, do samego generała zakonu, Franciszka Borgiasza.
Wędrowałem pieszo przez Alpy przez ponad 2 miesiące, pokonując łącznie blisko 1500 kilometrów. W końcu, w październiku 1567 roku, z uśmiechem na ustach stanąłem u bram rzymskiego nowicjatu. Choć miałem zaledwie 17 lat, szybko zyskałem opinię wzoru do naśladowania dla innych, starszych i bardziej doświadczonych braci zakonnych. Wykonywałem najprostsze, często upokarzające prace fizyczne z niesamowitą radością, udowadniając każdego dnia, że miłość do Boga można realizować w najdrobniejszych obowiązkach.
Śmierć i kult
Niestety, rzymski, upalny klimat i trudy wcześniejszej podróży okazały się zabójcze dla mojego delikatnego zdrowia. Zaledwie po krótkim czasie w nowicjacie dostałem silnej gorączki i zmarłem w nocy z 14 na 15 sierpnia 1568 roku, w samo święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, o co gorąco się modliłem. Mój grób w rzymskim kościele świętego Andrzeja na Kwirynale natychmiast zaczął przyciągać rzesze wiernych, a papież Benedykt XIII kanonizował mnie w 1726 roku. Do dziś pozostaję wielkim patronem Polski i dowodem na to, że prawdziwa dojrzałość nie zależy od metryki, lecz od wielkości ludzkiego serca.