„Więcej trzeba słuchać Boga niż ludzi”.
Kim był?
Zginąłem przy ołtarzu, ugodzony mieczem przez samego króla w trakcie sprawowania najświętszej ofiary. Nazywam się Stanisław ze Szczepanowa i przyszedłem na ten świat około 1030 roku w pobożnej, szlacheckiej rodzinie na polskiej ziemi. Jako młody chłopak pragnąłem zgłębiać wiedzę, dlatego opuściłem dom, by studiować najpierw w Gnieźnie, a potem w odległym Paryżu. Kiedy wróciłem do ojczyzny, oddałem swoje życie na służbę Bogu i wkrótce zostałem kapłanem w krakowskiej stolicy.
Moja gorliwość i staranne wykształcenie sprawiły, że w 1072 roku powierzono mi zaszczytne, ale i niezwykle trudne zadanie kierowania całą diecezją krakowską. Zostałem biskupem w czasach pełnych niepokojów, kiedy młode państwo polskie wciąż kształtowało swoją niezależną tożsamość. Starałem się być bardzo dobrym pasterzem, dbającym zarówno o rozwój duchowy moich wiernych, jak i o sprawiedliwość w codziennym życiu. Szybko jednak przekonałem się, że wierność nakazom Ewangelii będzie wymagała ode mnie ogromnej odwagi i wejścia w otwarty spór z ówczesną władzą.
Punkt zwrotny
Prawdziwa próba mojego duszpasterskiego charakteru nadeszła, gdy na tronie zasiadał król Bolesław Śmiały, znany ze swojego gwałtownego usposobienia i bezwzględnego okrucieństwa. Władca ten wielokrotnie dopuszczał się wielu okrutnych niegodziwości wobec swoich poddanych, a jego niemoralne i grzeszne postępowanie budziło powszechne zgorszenie. Jako główny biskup krakowski nie mogłem milczeć, więc zacząłem otwarcie i publicznie upominać monarchę, przypominając mu nieustannie, że prawo Bożym obowiązuje wszystkich. Czy ty miałbyś w sobie wystarczająco dużo odwagi, aby sprzeciwić się potężnemu władcy, ryzykując utratę wszystkiego, co do tej pory osiągnąłeś?
Czego dokonał?
Moje zdecydowane i bezkompromisowe stanowisko doprowadziło do otwartego konfliktu, gdy rzuciłem na króla klątwę, wykluczając go całkowicie z naszej wspólnoty Kościoła. Zawsze stanowczo broniłem chrześcijańskiego ładu moralnego, stając w obronie najsłabszych i mocno uciśnionych, którzy cierpieli z powodu niesprawiedliwych wyroków królewskich. Zgodnie z historycznymi przekazami hagiograficznymi, w trakcie sprawowania mojego biskupiego urzędu wsławiłem się również niezwykłym cudem wskrzeszenia zmarłego niejakiego Piotrowina. Dokonałem tego wielkiego czynu, aby przed sądem królewskim zaświadczył on osobiście, że legalnie nabyłem od niego ziemię dla krakowskiego biskupstwa.
Mimo stale rosnącego zagrożenia ze strony mściwego dworu, nigdy nie przestałem odprawiać uroczystych nabożeństw ani głosić trudnej prawdy z ambony. Moja niezłomna postawa znacząco umocniła społeczny autorytet Kościoła w Polsce, pokazując wszystkim, że władza duchowna zawsze musi stać na straży moralności. Dzięki mojemu tragicznemu poświęceniu stałem się na wieki ponadczasowym symbolem niezłomności i odważnego oporu przeciwko absolutnej tyranii dla wielu przyszłych pokoleń. Moje dawne działania przypomniały całemu polskiemu narodowi, że najważniejszym fundamentem sprawiedliwego i silnego państwa jest bezwzględne poszanowanie ludzkiej godności.
Śmierć i kult
Finał naszego długiego sporu rozegrał się ostatecznie 11 kwietnia 1079 roku w małym kościele na krakowskiej Skałce. Właśnie tam, z bezpośredniego rozkazu rozgniewanego Bolesława Śmiałego, zostałem niezwykle brutalnie zamordowany, a moje martwe ciało bezlitośnie i haniebnie poćwiartowano. Zgodnie z prastarą tradycją rozrzucone wokół ołtarza szczątki cudownie się zrosły, co stało się potężnym znakiem dla wiernych i początkiem kultu. Po wielu latach papież uroczyście ogłosił mnie świętym męczennikiem, a moje relikwie do dnia dzisiejszego bezpiecznie spoczywają w katedralnych murach na Wawelu.