"Zróbcie ze mną, co chcecie, ale nie profanujcie Ciała Chrystusa".
Kim był?
Czy wiecie, jak to jest obudzić się z lufami karabinów wycelowanymi prosto w wasze serce? Zginąłem z rąk oprawców w łóżku, zaskoczony we śnie, zanim w ogóle zdążyłem podnieść głowę i spojrzeć moim katom w oczy. Urodziłem się 16 kwietnia 1900 roku w malutkiej miejscowości Santa Ana de Guadalupe w Meksyku jako Toribio Romo González. Od najmłodszych lat czułem powołanie do służby Bogu, dlatego wstąpiłem do seminarium duchownego i ostatecznie przyjąłem święcenia kapłańskie w niezwykle trudnych czasach.
Zostałem kapłanem w epoce, gdy w mojej ojczyźnie wiara katolicka była brutalnie zwalczana przez rewolucyjny, antyklerykalny rząd. Pracowałem duszpastersko na terenie diecezji guadalajarskiej, starając się po prostu być blisko moich parafian i służyć im sakramentami. Mimo mojego bardzo młodego wieku oraz ogromnego zagrożenia ze strony władz, starałem się zawsze trwać przy powierzonym mi ludzie. Wiedziałem, że państwowe elity dążą do całkowitego zniszczenia Kościoła, dlatego tym bardziej czułem potrzebę dawania jednoznacznego świadectwa wiary.
Punkt zwrotny
Prawdziwy przełom w moim życiu i posłudze nastąpił w 1926 roku, gdy prezydent Plutarco Elías Calles wprowadził w życie prawa jawnie dyskryminujące i prześladujące wszystkich katolików. W odpowiedzi na te drastyczne represje wybuchło krwawe powstanie tak zwanych Cristeros, czyli chrystusowców, którzy postanowili z bronią w ręku walczyć o wolność wyznania. Wielu wspaniałych ludzi chwyciło za karabiny, ale ja, jako duszpasterz, miałem zupełnie inne zadanie na tym specyficznym froncie. Musiałem niemal z dnia na dzień zejść do podziemia, ukrywać się przed regularnymi wojskami federalnymi i sprawować wszelkie sakramenty w absolutnej tajemnicy.
Czego dokonał?
Zostałem skierowany do pracy jako wikariusz w parafii Tequila, w mieście, które na całym świecie znane jest z produkcji słynnego meksykańskiego alkoholu. Tam w starych stodołach, opuszczonych domach i mrocznych wąwozach w ukryciu przygotowywałem dzieci do przyjęcia sakramentu Komunii Świętej. Błogosławiłem również potajemnie nowe małżeństwa, co w tamtym mrocznym okresie było traktowane przez aparat państwowy niemal jak najcięższa zbrodnia. Zarządzałem też nielegalną szkołą katolicką i uczyłem katechizmu, każdego dnia ryzykując aresztowaniem, torturami i rychłą egzekucją bez uczciwego sądu.
Moja kapłańska praca w tamtym wojennym czasie polegała przede wszystkim na podtrzymywaniu ducha w prostych ludziach, którzy byli autentycznie przerażeni szerzącym się terrorem. Nieustannie przypominałem im, że Chrystus nigdy nas nie opuści, nawet jeśli władze zamknęły wszystkie świątynie w kraju. Odprawiałem Msze Święte potajemnie, często pod osłoną nocy, mając świadomość, że za drzwiami w każdej chwili mogą pojawić się żołnierze z nakazem rozstrzelania. Mimo narastającego naturalnego lęku przed śmiercią, nigdy nie porzuciłem swojego duszpasterskiego posterunku ani powierzonych mi wiernych, trwając na nim do samego końca.
Śmierć i kult
Mój krótki ziemski bieg zakończył się gwałtownie nad ranem 25 lutego 1928 roku. Ktoś zdradził moje miejsce pobytu i oddział wojska wtargnął do mojej sypialni, rozstrzeliwując mnie na miejscu, zanim zdążyłem wstać z posłania. Papież Jan Paweł II wyniósł mnie na ołtarze Kościoła katolickiego podczas beatyfikacji w 1992 roku, a następnie uroczyście kanonizował 21 maja 2000 roku w zaszczytnej grupie 25 męczenników meksykańskich. Dziś moje relikwie spoczywają w kościele, a ja w sposób dość nieoczekiwany stałem się orędownikiem i opiekunem migrantów poszukujących lepszego życia z dala od swoich rodzinnych domów.