"Zawsze będę wierny Bogu i prawdziwej miłości."
Kim był?
Zapewne kojarzycie mnie wyłącznie z serduszkami, różem i drobnymi upominkami wręczanymi w lutym, ale prawda o moim życiu jest znacznie bardziej krwawa i dramatyczna. Zamiast pisać miłosne wiersze, znosiłem ciosy kijów, a ostatecznie katowski miecz, oddając życie za Chrystusa. Żyłem w III wieku i byłem kapłanem rzymskim, a także biskupem Terni w Umbrii. Moje losy przypadły na mroczne i niezwykle trudne czasy brutalnych prześladowań chrześcijan za panowania cesarza Klaudiusza II Gota.
Historyczne wiadomości o mnie są dość skąpe i niejednoznaczne, ale bez wątpienia nigdy nie wyparłem się swojej wiary. Zamiast ukrywać się przed rzymskimi oprawcami, postanowiłem aktywnie działać w samym sercu niebezpieczeństwa. Razem ze świętym Mariuszem oraz moimi krewnymi, z narażeniem własnego życia, asystowałem innym męczennikom. Wspierałem ich duchowo i fizycznie podczas niesprawiedliwych procesów oraz okrutnych egzekucji.
Punkt zwrotny
Moja niezłomna odwaga i jawna, bezinteresowna pomoc okazywana prześladowanym wyznawcom Chrystusa musiały w końcu przyciągnąć gniewną uwagę najwyższych władz potężnego Cesarstwa Rzymskiego. Wkrótce sam zostałem brutalnie pojmany, zakuty w ciężkie kajdany i doprowadzony prosto przed surowe oblicze prefekta Rzymu. Ten bezlitosny rzymski urzędnik przeprowadził krótki, rutynowy proces, który polegał wyłącznie na brutalnym wymuszaniu natychmiastowego odstępstwa od wiary chrześcijańskiej. Czy potraficie sobie wyobrazić głęboki ból i ogromne przerażenie, gdy zamiast elementarnej sprawiedliwości czekała mnie jedynie ślepa nienawiść ze strony imperium?
Czego dokonał?
Prefekt Rzymu próbował złamać mojego ducha za pomocą tortur fizycznych, dlatego rozkazał bezlitośnie bić mnie kijami. Pomimo ogromnego cierpienia, moje serce pozostało niezachwiane i nie wyrzekłem się miłości do jedynego Boga. Ponieważ tortury nie przyniosły rzymianom oczekiwanego rezultatu, wydano na mnie wyrok ostateczny. Skazano mnie na śmierć przez ścięcie mieczem.
Moja męczeńska egzekucja dokonała się 14 lutego 269 roku. Mimo że oddałem życie, to jednak moje świadectwo wierności przetrwało wieki i stało się natchnieniem dla kolejnych pokoleń wierzących. Pochowano mnie w Rzymie przy znanej drodze via Flaminia, gdzie wkrótce chrześcijanie zaczęli potajemnie gromadzić się na modlitwę. Mój grób już w IV wieku został otoczony szczególną, pełną wdzięczności czcią.
Śmierć i kult
Brak bliższych i szczegółowych wiadomości o moim życiu zupełnie nie przeszkodził w niezwykle szybkim rozwoju mojego kultu w całej Europie. W IV wieku papież Juliusz I zbudował nad moim grobem wspaniałą bazylikę, która stała się wielkim chrześcijańskim sanktuarium pielgrzymkowym. W średniowiecznych Niemczech wzywano mnie jako potężnego orędownika podczas ciężkich chorób nerwowych i w atakach epilepsji. Z kolei na Zachodzie, a szczególnie w Anglii i Stanach Zjednoczonych, zaczęto mnie czcić jako patrona zakochanych, co z czasem przekształciło się w dzisiejsze popularne, komercyjne święto.